poniedziałek, 4 grudnia 2017

Biskup Jerzy Bergoglio opuścił Kościół katolicki

Jak zapewne Państwo pamiętają, w ślad za adhortacją „Amoris Laetitia” pojawiły się na świecie jej różne interpretacje i praktyczne wytyczne do stosowania duszpasterskiego. Pisałem całkiem niedawno na Młocie:

Większość episkopatów nie miała problemu z odczytaniem intencji Argentyńczyka. Jego rodacy, Maltańczycy czy Niemcy stwierdzili, że osoby pozostające z związkach o charakterze cudzołóżczym z punktu widzenia tradycyjnej doktryny Kościoła, mogą niekiedy być dopuszczane do spowiedzi i Komunii Świętej. Wszystkie te interpretacje „Amoris laetitia" spotykały się z wyrazami aprobaty totumfackich Bergoglia, podczas gdy konserwatywna wykładnia adhortacji dokonana przez Konferencję Episkopatu Polski nie została przez Watykan równie mile przyjęta.


Okazuje się, że rewolucja pogalopowała już dalej. „Autentyczne magisterium” Kościoła Posoborowego poszerzyło się o list Franciszka skierowany w 2016 r. do biskupów argentyńskich, w którym pochwalił on wytyczne jako „jedyną dopuszczalną interpretację”. Nadano mu rangę Listu Apostolskiego i opublikowano w Acta Apostolicae Sedis za październik 2016 r. (str. 1071 – 1074)



Acta Apostolicae Sedis to watykański “dziennik urzędowy”, zaś adnotacja do „Listu Apostolskiego” podpisana przez sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej, kard. Piotra Parolina nie pozostawia innych interpretacyj. Najwyższy Pasterz decyduje, że zyskują one rangę „autentycznego magisterium ”.

Kwestia dopuszczania do spowiedzi: uzyskiwania rozgrzeszenia bez postanowienia poprawy oraz udzielania Komunii Świętej osobom znajdującym się w stanie grzechu śmiertelnego w szczególności jest ciosem we wszystkie trwające związki małżeńskie. Pozostali, zwłaszcza znajdujący się w nowym związkach, rzekomo odtrącani dotąd przez Kościół, to margines problemu. Dlaczego?

Jeśli wierny wie, że może uzyskać rozgrzeszenie oraz przystąpić do Komunii Świętej, to oznacza dla niego widomy znak znajdowania się w łasce uświęcającej, a zatem prawidłowego podążania drogą zbawienia.

Jeśli wytyczne Argentyńczyków rozszerzą się po całym świecie, tysiące, jeśli nie miliony katolików, nie będą miały oporów przed porzuceniem sakramentalnych współmałżonków i wejściem w nowe związki. Bo przecież będą mogły w tej nowej sytuacji uzyskiwać rozgrzeszenie oraz przystępować do Komunii Świętej. Czegoż chcieć więcej dla spokoju sumienia ?!


Nieomylność papieska nie jest zawężona tylko do ogłaszania dogmatów, ale obejmuje również magisterium zwyczajne Kościoła w zakresie wiary i moralności. Nie dopuszcza się, aby zawierało ono błędy lub herezje. Stąd wniosek jest prosty, choć równocześnie poważny. W świetle wszelkich dostępnych faktów nie da się utrzymać tezy, że aktualny biskup Rzymu Jerzy Bergoglio, używający imienia „Franciszek” pozostaje katolikiem i członkiem Kościoła katolickiego. Do czasu nawrócenia się i porzucenia głoszonych błędów znajduje się poza Kościołem katolickim. A to również oznacza, że nie jest papieżem Kościoła katolickiego.



środa, 22 listopada 2017

500 lat Reformacji

Pięćset lat temu wywodzący się z enerdowskiej części Niemiec ambitny mnich z zakonu augustianów rozpoczął Reformację, ogłaszając w Wittenberdze 95 tez. Mimo, że polemizował w nich głównie z praktyką Kościoła katolickiego w zakresie udzielania odpustów, to w zaledwie trzydzieści lat doprowadził do trwałego podziału jednolitej dotąd cywilizacyjnie Europy Zachodniej. Doszło do wielu konfliktów klasowych oraz krwawych wojen. Najgorszą zaś konsekwencją Reformacji było i jest pozbawienie milionów ludzi łączności z Mistycznym Ciałem Chrystusa oraz większością Sakramentów ustanowionych przez Boskiego Zbawiciela. Mając na uwadze prawdę wiary: "poza Kościołem katolickim nie ma zbawienia" możemy tylko drżeć w niepewności o wieczny los wszystkich zwiedzionych przez Marcina Lutra i jego stronników; o dusze ludzi, którzy umierają bez rozgrzeszenia udzielonego przez kapłana mającego ważne święcenia.

Jednak te straszne wydarzenia są czczone nie tylko przez wspólnoty powstałe w wyniku reformacji, ale także przez Kościół Posoborowy. W świetle wypowiedzi jego papieży oraz episkopatów zaangażowanych w dialog ekumeniczny jawi się ów nieszczęsny Luter jako dobrodziej Europy i Kościoła Powszechnego. Równocześnie przemilczane są stawiane przezeń tezy, a życiorys enerdowskiego teologa omawiany jest bardzo lakonicznie.

Pewien młody popularyzator Lutra tak oto go zachwala: "Marcin Luter to nie tylko Reformator, ale przede wszystkim człowiek uważnie obserwujący wielowątkowość życia, kochający mąż i ojciec, wielbiciel psów. W 500-lecie Reformacji odkryjmy tę fascynującą postać poprzez jej myśli używane tak często na co dzień! Kto wie, może zainspirują nas one do dalszej zabawy słowem niezależnie od wyznania, zasobności portfela czy stopnia wykształcenia..."

Ja jednak zaproponuję Państwu zapoznanie się z pełnymi biografiami Marcina Lutra. Niedawno ukazały się dwie godne uwagi pozycje. Grzegorz Braun firmuje film "Luter i rewolucja protestancka", a Paweł Lisicki jest autorem całkiem pokaźnej księgi zatytułowanej "Luter. Ciemna strona rewolucji".

Tytuły dzieł niemal identyczne, zawartość merytoryczna - również bardzo podobna. Można zatem powiedzieć, że jeśli ktoś ma tylko półtorej godziny, to należy mu zaproponować film, a jeśli całą dniówkę, to książkę.



Film Grzegorza Brauna jest skoncentrowany na dwóch obszarach zagadnień wskazanych w tytule. Dominujący temat stanowi życiorys samego Marcina Lutra, zaś rewolucja protestancka pokazywana jest jako spustoszenie Niemiec i wielki regres cywilizacyjny Europy. Nasz świetny reżyser poprosił o wypowiedzi znawców myśli upadłego mnicha oraz jego biografów. Są wśród nich m.in. ks. kard. Gerard Müller, ks. Tadeusz Guz, Robert de Mattei, Grzegorz Kucharczyk czy Michał Voris. Ich krótkie wypowiedzi nadały filmowi znakomite tempo i napięcie, charakterystyczne dla dzieł Grzegorza Brauna. Dodatkowym atutem dokumentu są animacje - takie, jakie widzimy w reportażu z premiery.

Film jest z pewnością wartościowy i cenny, ale jego wadą jest zaprezentowanie rozmaitych nieudowodnionych hipotez na prawach faktów. Grzegorz Braun odrobinę przedobrzył. Ot, choćby pogłoska, jakoby Luter zmarł na skutek uduszenia lub powiesił się. Czy była niezbędna do umieszczenia? Nie sądzę. Mocniej do mnie przemawia obraz naszkicowany przez Lisickiego: śmierć kacerza zrywającego z katolickimi rytuałami, a więc bez spowiedzi, bez ostatniego namaszczenia, bez wzywania pośrednictwa świętych i bez poświęconych przedmiotów.

Żadnych znaczących wad nie ma natomiast książka redaktora naczelnego "Do Rzeczy". Tak jak zachwyciłem się dziełem Pana Pawła poświęconym islamowi , mam równie entuzjastyczne zdanie o „Ciemnej stronie rewolucji”. To znakomity, logiczny wywód pokazujący, skąd wzięły się poszczególne elementy luteranizmu i jak kształtowała się doktryna nowej wiary. Lisicki przedstawia też pewne nawiązania do aktualnej sytuacji ekumenicznej, a więc do spotkań przełożonej szwedzkich luteranów i argentyńskiego biskupa Rzymu. Podchodzi do nich z troską i smutkiem, ale ostatecznie kwituje je jako pogłębianie chaosu i niejednoznaczności współczesnego Kościoła. Dalszych wniosków nie wysnuwa. Niestety, w filmie Grzegorza Brauna odniesień bieżących jest jeszcze mniej. Wprawdzie baron de Mattei wspomina, że rehabilitacji Lutra towarzyszy trwająca od czasów Soboru Watykańskiego II protestantyzacja Kościoła katolickiego, ale wątek ten nie jest rozwijany.



To bardzo smutne, że wartościowe pozycje, pragnące przeciwstawić się fałszowaniu życiorysu upadłego mnicha i niezasłużonemu stawianiu go na piedestał, nie odpowiadają na najważniejsze pytanie, dlaczego w ogóle tak się dzieje. Spróbujmy zatem odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Postępowi ludzie współcześni, ale także i pośród nich posoborowcy, mogą postrzegać Marcina Lutra jako towarzysza broni w walce z rzymskim katolicyzmem. Skoro cele są zbieżne, więc można tolerować, że metody służące ich osiągnięciu są niegodziwe – mogą oni wszyscy myśleć. A zatem, skoro on walczył z kapłaństwem katolickim, z Mszą postrzeganą jako uobecniana Ofiara krzyżowa, z sakramentami spowiedzi i małżeństwa, z łaciną jako językiem liturgicznym Kościoła, to można mu wybaczyć porywczość, miotanie nienawistnych obelg, a nawet … skrajny antysemityzm. Wszyscy grają do jednej bramki – Montini, Bugnini, Bergoglio, Kasper, Luter.

Marcin Luter wyłaniający się z recenzowanych biografij Brauna i Lisickiego to człowiek po prostu nikczemny. To indywiduum walczące nie tylko z Kościołem, ale także, a może przedewszystkiem - z Bogiem, z Maryją i świętymi. Myślę, że 98% populacji, której wmówiono, jakoby pozytywną innowacją enerdowca były hasła: sola scriptura – jedynie Pismo, sola fide – jedynie wiara, sola gratia – jedynie łaska, solus Christus – jedynie Chrystus, solum Verbum – jedynie Słowo, będzie zdziwiona kuriozalnymi koncepcjami Boga i człowieka wyłaniającymi się z teologii luterańskiej. Akcentuje ona wszechmoc Bożą i bezsilność człowieka. Człowiek nie ma wolnej woli, a zatem nie ponosi odpowiedzialności za popełniane zło. Równocześnie jednak Bóg znajduje się daleko od człowieka, a zbawienie przyznaje mu na takiej zasadzie, na jakiej władca udziela amnestii łotrowi.

Czy widzicie sens dialogu ekumenicznego ze wspólnotą opierającą się o takie aksjomaty filozoficzne i teologiczne? Jeśli jesteście wciąż jeszcze katolikami, to z pewnością uznacie, że jedynym celem takich rozmów może być wyłącznie uczciwe zapoznanie ze stanowiskami teologij katolickiej i luterańskiej, wyjaśnianie im błędów i nakłanianie, aby się nawrócili.


p.s. Niektórych Czytelników może zdziwić, że względem ojca Marcina Lutra OSA używam przymiotnika „enerdowski”. A jakiego słowa powinienem używać? Przecież trabanta też nie nazywa się samochodem niemieckim …

piątek, 3 listopada 2017

Penisowe opowieści z krypty

"Odnowiono" kryptę biskupów katowickich mieszczącą się w archikatedrze Chrystusa Króla. Moje pierwsze skojarzenie jest takie: pomieszczenie wygląda, jakby dekorowali to "ciepli" dla "ciepłych". Współczuję pochowanym biskupom, których szczątki znajdują się z tym oryginalnie "udekorowanym" pomieszczeniu.





Link do całej galerii zdjęć z tego miejsca jest tutaj.

Gdyby ktoś zrobił kaplicę boczną w tej stylistyce, to ponarzekałbym na basenową podłogę i narzekanie by się skończyło. Jest to jakaś wizja artystyczna, nie moja, ale "jakaś". Tyle, że to jest kaplica GROBOWA, tam stoją trumny ze szczątkami ludzi, duchownych, hierarchów Kościoła. I z tego powodu nie mogę zaakceptować projektu.

Profesor Kalarus projektując plakaty posługuje się takim logiem, jakże dobrze oddającym dopasowanie jego sztuki do powagi katedry i krypty jej pasterzy

piątek, 27 października 2017

Od „Summorum pontificum” do „Amoris laetitia”

We wrześniu 2017 r. w Rzymie odbyły się obchody 10 rocznicy wejścia w życie motu proprio „Summorum pontificum” Ojca Świętego Benedykta XVI. Konferencja zgromadziła tym razem nie tylko tradycjonalistów z Instytutów Dobrego Pasterza oraz Chrystusa Króla Najwyższego Kapłana, dominikańskiego Bractwa św. Wincentego Ferreriusza czy FSSP, ale również wszystkich najznamienitszych oponentów argentyńskiego biskupa Rzymu, wśród których trzeba wskazać kardynałów Burke, Sarah i - co traktuję jako pewną niespodziankę – Müllera. Był on zapowiadany wśród gości jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, czyli przełożony Komisji Ecclesia Dei. Nie pełni już tej funkcji od lipca 2017 r. Niemniej, jego bliższa współpraca ze zdeklarowanymi konserwatystami to zdecydowanie dobra wiadomość.

Do niedawna lekceważyłem zupełnie ryzyko ograniczenia zapisów motu proprio Summorum Pontificum przez Franciszka Papieża. Wydawało się, że posoborowie robi wystarczająco dużo w zakresie praktycznego torpedowania równouprawnienia Mszałów, że niepotrzebne jest nikomu wprowadzanie dodatkowych restrykcyj. Że świetnie się sprawdza polityka zamilczania tradycyjnego katolicyzmu. Że jesteśmy zbyt małą mrówką w skali świata, by modernistyczny słoń uznał za stosowne rozejrzeć się, gdzie ma tupnąć. Jednak niepokojące pogłoski pojawiły się jako tło możliwego „porozumienia” pomiędzy Watykanem a Bractwem św. Piusa X, według którego prawo do odprawiania Mszy w tradycyjnej formie rytu rzymskiego miałoby zostać ograniczone do członków prałatury personalnej, utworzonej dla „pojednanych” członków FSSPX.Być może kard. Gerard Müller storpedował te zamysły swojego pryncypała podsuwając mu do aprobaty list zamrażający „dialog ekumeniczny” Bergoglio – Fellay, poprzez postawienie Piusowcom żądań, których oni żadną miarą przyjąć nie mogą.Miałby za to u nas dodatkowy dług wdzięczności.

Po namyśle muszę zrewidować nazbyt optymistyczne prognozy. Zastanówmy się zatem, na czym polega wojna posoborowia z katolicyzmem, co jest polem bitwy i co jej metodami. Nauczanie Kościoła katolickiego opiera się o trzy filary: dogmatykę, liturgikę i etykę. Posoborowie od swego zarania atakuje dwa pierwsze spośród nich, zaczynając od błędów w zakresie eklezjologii i wolności religijnej Soboru Watykańskiego II oraz ekumeniczny charakter Nowej Mszy. Sami papieże Paweł VI i Jan Paweł II równocześnie demolowali liturgikę i dogmatykę oraz potwierdzali nauczanie Kościoła w zakresie nierozerwalności małżeństwa, wypowiadali się przeciw aborcji i antykoncepcji. Ich podwładni – kardynałowie, biskupi, episkopaty, poszczególni duchowni i profesorowie teologii – różnie podchodzili do tematu. Jedni pozostawali w jedności nauczania z papieżami (pracując przy okazji ciężko na stereotyp, że Kościół najbardziej interesuje się przykazaniem „nie cudzołóż”), inni zaś – zdecydowanie bardziej liczni – kwestionowali i kontestowali doktrynę katolicką, aplikując do niej zasady posoborowej teologii.

Co można by uznać za kwintesencję posoborowej teologii? Myślę, że są to zwulgaryzowane tezy Jana von Balthasara, rozważającego nadzieję powszechnego zbawienia. Koncepcje te bardzo dobrze wpasowały się w rzeczywistość drugiej połowy lat sześćdziesiątych XX wieku, erę rozluźnienia dyscypliny kościelnej i fałszywego, bezrefleksyjnego optymizmu, a więc postaw zbieżnych z pustoszącą i wyjaławiającą świat Zachodu rewolucją seksualną. Trudno byłoby znaleźć tę ideę (lub choćby przesłanki dla niej!) w dokumentach Soboru Watykańskiego II, jest już natomiast doskonale obecna w „debiutanckiej” encyklice Jana Pawła II pt. „Redemptor hominis”.



„Redemptor hominis” jest manifestem antropocentryzmu. Według polskiego papieża posoborowego „wszystkie drogi Kościoła prowadzą do człowieka”, zaś „Chrystus zjednoczył się z każdym człowiekiem”. Żeby nie było żadnych wątpliwości, co do skuteczności aktu, jaki zaistniał wraz z Tajemnicą Wcielenia, Jan Paweł II doprecyzowuje: „Chrystus raz na zawsze się zjednoczył z każdym człowiekiem”. Czy konieczne jest przyjęcie chrztu w celu uzyskania godności dziecka Bożego? Czy możliwe jest odtąd popełnienie przez któregokolwiek z ludzi grzechu śmiertelnego? Jaka jest rola spowiedzi i uzyskania rozgrzeszenia? Czy człowiek dysponuje jeszcze wolną wolą, skoro tak mocno został obdarzony łaskami Bożymi?

Tak mocno przez nas w Polsce krytykowany posoborowy katolicyzm krajów Europy Zachodniej, ów „katolicyzm bezobjawowy”, dokonał mistrzowskiej recepcji teologii antropocentrycznej. Rozwinięte społeczności błyskawicznie dostosowały się do idej „Redemptor hominis”. W najwygodniejszy dla siebie sposób.

Komunikat ten odczytano jako: możesz się zupełnie nie starać, a mimo to i tak pójdziesz do nieba. O ile niebo istnieje, bo religia to przecież tylko średniowieczne przesądy. Liczy się tylko to, co jest tu i teraz. Jest to z jednej strony wielka pochwała lenistwa, niestaranności, a z drugiej strony – nihilizmu. Paradoksalnie można powiedzieć, że koncepcja, która według Wojtyły miała ukazywać nieskończoną dobroć i miłosierdzie Boga, w praktycznym ujęciu prowadzi do Jego marginalizacji i lekceważenia. Sfabrykowano koszmarną liturgię (Novus Ordo), która niczego nie wymaga od uczestników. Nadto teologia antropocentryczna odcisnęła swe piętno na współczesnej architekturze i wystroju świątyń, na muzyce i szatach liturgicznych, na mentalności duchownych i świeckich. Stworzyła całą posoborową religię - taką, jaką ją znamy.

Z kronikarskiego obowiązku dopowiem, że herezja powszechnego zbawienia jest głoszona również przez argentyńskiego Biskupa Rzymu.

W świetle tego wszystkiego spójrzmy na sławetny franciszkowy dokument „Amoris laetitia”.

Zwłaszcza rozdział VIII adhortacji zawiera typowy posoborowy bełkot, rozwadniający jednoznaczną katolicką doktrynę. Bergoglio nie napisał bowiem wprost: "osoby pozostające w nowych związkach damskomęskich z osobami innymi niż te, z którymi zawarły sakramentalny związek małżeński, mogą przystępować do spowiedzi, uzyskiwać rozgrzeszenie i otrzymywać Komunię Świętą". On ograniczył się zapisania wielu zdań warunkowych i wielokrotnie złożonych, odwołujących się do praktyki duszpasterskiej, do miłosierdzia, do wspierania istniejących rodzin i dobra wychowywanych w nich dzieci.

Większość episkopatów nie miała problemu z odczytaniem intencji Argentyńczyka. Jego rodacy, Maltańczycy czy Niemcy stwierdzili, że osoby pozostające z związkach o charakterze cudzołóżczym z punktu widzenia tradycyjnej doktryny Kościoła, mogą niekiedy być dopuszczane do spowiedzi i Komunii Świętej. Wszystkie te interpretacje „Amoris laetitia" spotykały się z wyrazami aprobaty totumfackich Bergoglia, podczas gdy konserwatywna wykładnia adhortacji dokonana przez Konferencję Episkopatu Polski nie została przez Watykan równie mile przyjęta.

Jednak patrząc z perspektywy teologii antropocentrycznej na „Amoris laetitia” i jej krytykę przez katolickich konserwatystów, w tym czterech niezłomnych kardynałów (żyjących Rajmunda Burke'a i Waltera Brandmüllera oraz zmarłych niedawno Joachima Meissnera i Karola Caffarrę), jest to burza w szklance wody! Skoro akt Wcielenia Syna Bożego zjednoczył na zawsze każdego człowieka z Chrystusem, to więzi tej nie może zerwać tak trywialny problem jak niewierność małżeńska. Mało tego! Praktyka funkcjonowania posoborowia przez kilkadziesiąt ostatnich lat dopuszcza znacznie więcej niż to, na co zezwalają liberalne interpretacje „Amoris laetitia” Chyba właśnie dlatego kardynalskie dubia spotykają się z tak ostentacyjnym désintéressement ze strony Bergoglia oraz jakichkolwiek znaczących posoborowych teologów. "Nie mieszajmy myślowo dwóch różnych systemów walutowych. Nie bądźmy peweksami!" - zdają się ... milczeć.

Dla wszystkich katolickich konserwatystów walka w sprawie „Amoris laetitia” ma zupełnie inne znaczenie. Jako się rzekło, etyka to ostatni z trzech wymiarów nauczania Kościoła, który nie był dotąd sfałszowany przez modernistów. Jeśli i tu nastąpi tąpnięcie, skończy się dla nas praktyczny sens i możliwości utrzymywania "unii personalnej", poprzez którą przywódca Kościoła Posoborowego był przez lata postrzegany jako papież w rozumieniu Kościoła katolickiego. Jeśli utwierdzą się rozbieżności zarówno w teologii jak i w etyce między oboma systemami religijnymi, to dalsza ewolucja posoborowia w kierunkach znanych nam z obserwacji współczesnych sekt protestanckich (kapłaństwo kobiet, akceptacja homoseksualizmu jako równoprawnej opcji seksualnej i rodzinnej itp. itd.) będzie już tylko formalnością. Stąd zapewne większe zaangażowanie zwolenników „hermeneutyki ciągłości” po stronie sympatyków tradycyjnej formy rytu rzymskiego, obserwowane podczas konferencji Ludu Summorum Pontificum. Jest to forma demonstracji, by ratować, co się da.

Przejdźmy do podsumowania. Obecność tradycyjnej formy rytu rzymskiego w kościołach nominalnie katolickich może niebawem zostać zakwestionowana w związku z wojną między bergoglianami a ratzingerianami.

Może tak się stać, ale nie musi. Nasi wrogowie są zapewne bardziej świadomi od potencjalnych stronników, że regularna celebracja i uczestnictwo we Mszy św. Piusa V to nie tylko wybór liturgiczny, ale przedewszystkiem teologiczny, który długofalowo powinien doprowadzić do odrzucenia błędnej teologii antropologicznej. Wszak jak głosi znane powiedzenie, „lex orandi, lex credendi”.

Mówiąc kolokwialnie, Franciszek może iść na rympał. Czyli „ubogacić” tradycyjną formę rytu rzymskiego posoborowym kalendarzem liturgicznym i czytaniami, zdemolując Mszę Katechumenów. A ponieważ mało kto wdrożyłby jego polecenia, wtenczas w ramach sankcyj dla nieposłusznych znieść „Summorum Pontificum”.

Z drugiej jednak strony, w pełnej zgodzie z teologią antropocentryczną byłoby dalsze konsekwentne budowanie jednej światowej religii, w której tradycjonaliści stanowiliby tolerowany nieszkodliwy folklor, równoważony wszelakimi wspólnotami protestanckimi i postkatolickimi.

Od czego zależy rozwój sytuacji? Chyba najbardziej od postawy naszych nowych (ale wciąż zazwyczaj „niepraktykujących”, tj. nie celebrujących w tradycyjnej formie rytu rzymskiego!) sojuszników – czy kardynałowie oponenci Bergoglia będą konsekwentni w oporze przeciw niemu, czy ów opór będzie narastał i ciążył ku przedsoborowej wizji Kościoła. Oni sami muszą zrozumieć, że „Amoris laetitia" to tylko wierzchołek góry lodowej, u podstaw której są błędy teologiczne Rahnera, Balthasara i Lubaca, usankcjonowane przez posoborowe magisterium Pawła VI i Jana Pawła II. Każdy, kto chce pozostać katolikiem, musi tę fałszywą teologię odrzucić!

Tu potrzebna jest, oczekiwana przez nas tak bardzo interwencja Ducha Świętego, który w ostatnich 50 latach zdaje się odrobinę przypominać naszych mitycznych rycerzy spod Giewontu. Skoro poniosła fiasko hermeneutyka ciągłości Ojca Świętego Benedykta XVI, która dawała pewne nadzieje na skorygowanie posoborowych błędów w obszarach liturgii i dogmatyki, wojna z modernistami jest najlepszą z dostępnych możliwości. Na tym polega dramat dzisiejszych czasów: najgorsza z możliwych wojen (wojna domowa) musi być potraktowana jako konieczność. Bo alternatywą dla niej jest … posoborowa apostazja.

Veni Creator Spiritus !!

czwartek, 5 października 2017

Słówko o ateiźmie ...

Ateiści lubią prezentować się jako ludzie oświeceni i naukowi, którzy nie wierzą w religijne bzdury, niegodne nowoczesnego, wykształconego człowieka. Jednak prawda o nich jest zupełnie inna.

Jak bowiem naukowo dowieść, że nie ma Boga? Przecież to jeszcze bardziej ryzykowne założenie niż potwierdzenie, że Bóg istnieje! Można prowadzić takie rozważania na płaszczyźnie filozofii, ale niemożliwe jest poparcie ich doświadczeniami w rozumieniu nauk empirycznych.



Twierdzenia ateistów są od strony metodologicznej zatem jakościowo dość podobne (a na pewno nie lepsze!) do twierdzeń teistycznych. Ponadto wiara w istnienie Boga może być poparta np. doświadczeniem - własnym lub cudzym. Tu "świadectwo" ateistyczne jest zdecydowanie słabsze.

Wiara chrześcijanina opiera się na przekazywanym świadectwie mającym swe źródło w Ewangeliach, odnoszącym się do uczniów Chrystusa. Fakt Zmartwychwstania na tyle odmienił ich życie i osoby, że w konsekwencji przemienił również Europę i znaczną część świata. Większość ludzi doświadcza również Boga w życiu swoim lub bliskich. Ateista musi zlekceważyć tę przesłanki, musi przesłonić je w najlepszym razie własnym negatywnym przekonaniem co do braku jakiejkolwiek nadprzyrodzoności.

Porównajmy dwie pozornie podobne postawy: agnostycyzm i ateizm. Agnostyk nie wie, czy jest Bóg, ateista wierzy, że Go nie ma. (Agnostyk może też po prostu być zupełnie niezainteresowany kwestią istnienia lub nieistnienia Boga).

Ateizm jest zatem swoistą religią, gdyż stanowi wiarę, że nie ma boga. Wszystko to implikuje bardzo wiele dalszych pseudodogmatów odnoszących się do powstania świata, rozwoju życia, pochodzenia gatunku homo sapiens. Chrześcijanin ma w tych zakresach znacznie więcej wolności, którą może wypełniać hipotezami wynikającymi z ustaleń naukowych.

Ostatnie dziesięciolecia to rozwój agresywnej ideologii ściśle powiązanej z ateizmem zwanej antyteizmem. Nie ma ona nic do zaproponowania prócz tezy, że wszystkie instytucjonalne religie są szkodliwe i prowadzą do zbrodniczego fundamentalizmu. Tyle, że w praktyce w ostatnich 250 latach nikt nie wymordował tak wielu niewinnych ludzi, co bezbożnicy. Liczba ofiar walki o nowy, „piękniejszy świat”, prowadzonej przez oświeceniowców, nazistów, komunistów oraz wszelkich innych rewolucjonistów jest szacowana na dziesiątki, setki milionów ludzi. Sporo spośród nich zostało zamordowanych tylko dlatego, że jakąś religię wyznawało i opowiadało się za systemem wartości niezgodnym z projektami owego „nowego wspaniałego świata”.