poniedziałek, 4 grudnia 2017

Biskup Jerzy Bergoglio opuścił Kościół katolicki

Jak zapewne Państwo pamiętają, w ślad za adhortacją „Amoris Laetitia” pojawiły się na świecie jej różne interpretacje i praktyczne wytyczne do stosowania duszpasterskiego. Pisałem całkiem niedawno na Młocie:

Większość episkopatów nie miała problemu z odczytaniem intencji Argentyńczyka. Jego rodacy, Maltańczycy czy Niemcy stwierdzili, że osoby pozostające z związkach o charakterze cudzołóżczym z punktu widzenia tradycyjnej doktryny Kościoła, mogą niekiedy być dopuszczane do spowiedzi i Komunii Świętej. Wszystkie te interpretacje „Amoris laetitia" spotykały się z wyrazami aprobaty totumfackich Bergoglia, podczas gdy konserwatywna wykładnia adhortacji dokonana przez Konferencję Episkopatu Polski nie została przez Watykan równie mile przyjęta.


Okazuje się, że rewolucja pogalopowała już dalej. „Autentyczne magisterium” Kościoła Posoborowego poszerzyło się o list Franciszka skierowany w 2016 r. do biskupów argentyńskich, w którym pochwalił on wytyczne jako „jedyną dopuszczalną interpretację”. Nadano mu rangę Listu Apostolskiego i opublikowano w Acta Apostolicae Sedis za październik 2016 r. (str. 1071 – 1074)



Acta Apostolicae Sedis to watykański “dziennik urzędowy”, zaś adnotacja do „Listu Apostolskiego” podpisana przez sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej, kard. Piotra Parolina nie pozostawia innych interpretacyj. Najwyższy Pasterz decyduje, że zyskują one rangę „autentycznego magisterium ”.

Kwestia dopuszczania do spowiedzi: uzyskiwania rozgrzeszenia bez postanowienia poprawy oraz udzielania Komunii Świętej osobom znajdującym się w stanie grzechu śmiertelnego w szczególności jest ciosem we wszystkie trwające związki małżeńskie. Pozostali, zwłaszcza znajdujący się w nowym związkach, rzekomo odtrącani dotąd przez Kościół, to margines problemu. Dlaczego?

Jeśli wierny wie, że może uzyskać rozgrzeszenie oraz przystąpić do Komunii Świętej, to oznacza dla niego widomy znak znajdowania się w łasce uświęcającej, a zatem prawidłowego podążania drogą zbawienia.

Jeśli wytyczne Argentyńczyków rozszerzą się po całym świecie, tysiące, jeśli nie miliony katolików, nie będą miały oporów przed porzuceniem sakramentalnych współmałżonków i wejściem w nowe związki. Bo przecież będą mogły w tej nowej sytuacji uzyskiwać rozgrzeszenie oraz przystępować do Komunii Świętej. Czegoż chcieć więcej dla spokoju sumienia ?!


Nieomylność papieska nie jest zawężona tylko do ogłaszania dogmatów, ale obejmuje również magisterium zwyczajne Kościoła w zakresie wiary i moralności. Nie dopuszcza się, aby zawierało ono błędy lub herezje. Stąd wniosek jest prosty, choć równocześnie poważny. W świetle wszelkich dostępnych faktów nie da się utrzymać tezy, że aktualny biskup Rzymu Jerzy Bergoglio, używający imienia „Franciszek” pozostaje katolikiem i członkiem Kościoła katolickiego. Do czasu nawrócenia się i porzucenia głoszonych błędów znajduje się poza Kościołem katolickim. A to również oznacza, że nie jest papieżem Kościoła katolickiego.



środa, 22 listopada 2017

500 lat Reformacji

Pięćset lat temu wywodzący się z enerdowskiej części Niemiec ambitny mnich z zakonu augustianów rozpoczął Reformację, ogłaszając w Wittenberdze 95 tez. Mimo, że polemizował w nich głównie z praktyką Kościoła katolickiego w zakresie udzielania odpustów, to w zaledwie trzydzieści lat doprowadził do trwałego podziału jednolitej dotąd cywilizacyjnie Europy Zachodniej. Doszło do wielu konfliktów klasowych oraz krwawych wojen. Najgorszą zaś konsekwencją Reformacji było i jest pozbawienie milionów ludzi łączności z Mistycznym Ciałem Chrystusa oraz większością Sakramentów ustanowionych przez Boskiego Zbawiciela. Mając na uwadze prawdę wiary: "poza Kościołem katolickim nie ma zbawienia" możemy tylko drżeć w niepewności o wieczny los wszystkich zwiedzionych przez Marcina Lutra i jego stronników; o dusze ludzi, którzy umierają bez rozgrzeszenia udzielonego przez kapłana mającego ważne święcenia.

Jednak te straszne wydarzenia są czczone nie tylko przez wspólnoty powstałe w wyniku reformacji, ale także przez Kościół Posoborowy. W świetle wypowiedzi jego papieży oraz episkopatów zaangażowanych w dialog ekumeniczny jawi się ów nieszczęsny Luter jako dobrodziej Europy i Kościoła Powszechnego. Równocześnie przemilczane są stawiane przezeń tezy, a życiorys enerdowskiego teologa omawiany jest bardzo lakonicznie.

Pewien młody popularyzator Lutra tak oto go zachwala: "Marcin Luter to nie tylko Reformator, ale przede wszystkim człowiek uważnie obserwujący wielowątkowość życia, kochający mąż i ojciec, wielbiciel psów. W 500-lecie Reformacji odkryjmy tę fascynującą postać poprzez jej myśli używane tak często na co dzień! Kto wie, może zainspirują nas one do dalszej zabawy słowem niezależnie od wyznania, zasobności portfela czy stopnia wykształcenia..."

Ja jednak zaproponuję Państwu zapoznanie się z pełnymi biografiami Marcina Lutra. Niedawno ukazały się dwie godne uwagi pozycje. Grzegorz Braun firmuje film "Luter i rewolucja protestancka", a Paweł Lisicki jest autorem całkiem pokaźnej księgi zatytułowanej "Luter. Ciemna strona rewolucji".

Tytuły dzieł niemal identyczne, zawartość merytoryczna - również bardzo podobna. Można zatem powiedzieć, że jeśli ktoś ma tylko półtorej godziny, to należy mu zaproponować film, a jeśli całą dniówkę, to książkę.



Film Grzegorza Brauna jest skoncentrowany na dwóch obszarach zagadnień wskazanych w tytule. Dominujący temat stanowi życiorys samego Marcina Lutra, zaś rewolucja protestancka pokazywana jest jako spustoszenie Niemiec i wielki regres cywilizacyjny Europy. Nasz świetny reżyser poprosił o wypowiedzi znawców myśli upadłego mnicha oraz jego biografów. Są wśród nich m.in. ks. kard. Gerard Müller, ks. Tadeusz Guz, Robert de Mattei, Grzegorz Kucharczyk czy Michał Voris. Ich krótkie wypowiedzi nadały filmowi znakomite tempo i napięcie, charakterystyczne dla dzieł Grzegorza Brauna. Dodatkowym atutem dokumentu są animacje - takie, jakie widzimy w reportażu z premiery.

Film jest z pewnością wartościowy i cenny, ale jego wadą jest zaprezentowanie rozmaitych nieudowodnionych hipotez na prawach faktów. Grzegorz Braun odrobinę przedobrzył. Ot, choćby pogłoska, jakoby Luter zmarł na skutek uduszenia lub powiesił się. Czy była niezbędna do umieszczenia? Nie sądzę. Mocniej do mnie przemawia obraz naszkicowany przez Lisickiego: śmierć kacerza zrywającego z katolickimi rytuałami, a więc bez spowiedzi, bez ostatniego namaszczenia, bez wzywania pośrednictwa świętych i bez poświęconych przedmiotów.

Żadnych znaczących wad nie ma natomiast książka redaktora naczelnego "Do Rzeczy". Tak jak zachwyciłem się dziełem Pana Pawła poświęconym islamowi , mam równie entuzjastyczne zdanie o „Ciemnej stronie rewolucji”. To znakomity, logiczny wywód pokazujący, skąd wzięły się poszczególne elementy luteranizmu i jak kształtowała się doktryna nowej wiary. Lisicki przedstawia też pewne nawiązania do aktualnej sytuacji ekumenicznej, a więc do spotkań przełożonej szwedzkich luteranów i argentyńskiego biskupa Rzymu. Podchodzi do nich z troską i smutkiem, ale ostatecznie kwituje je jako pogłębianie chaosu i niejednoznaczności współczesnego Kościoła. Dalszych wniosków nie wysnuwa. Niestety, w filmie Grzegorza Brauna odniesień bieżących jest jeszcze mniej. Wprawdzie baron de Mattei wspomina, że rehabilitacji Lutra towarzyszy trwająca od czasów Soboru Watykańskiego II protestantyzacja Kościoła katolickiego, ale wątek ten nie jest rozwijany.



To bardzo smutne, że wartościowe pozycje, pragnące przeciwstawić się fałszowaniu życiorysu upadłego mnicha i niezasłużonemu stawianiu go na piedestał, nie odpowiadają na najważniejsze pytanie, dlaczego w ogóle tak się dzieje. Spróbujmy zatem odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Postępowi ludzie współcześni, ale także i pośród nich posoborowcy, mogą postrzegać Marcina Lutra jako towarzysza broni w walce z rzymskim katolicyzmem. Skoro cele są zbieżne, więc można tolerować, że metody służące ich osiągnięciu są niegodziwe – mogą oni wszyscy myśleć. A zatem, skoro on walczył z kapłaństwem katolickim, z Mszą postrzeganą jako uobecniana Ofiara krzyżowa, z sakramentami spowiedzi i małżeństwa, z łaciną jako językiem liturgicznym Kościoła, to można mu wybaczyć porywczość, miotanie nienawistnych obelg, a nawet … skrajny antysemityzm. Wszyscy grają do jednej bramki – Montini, Bugnini, Bergoglio, Kasper, Luter.

Marcin Luter wyłaniający się z recenzowanych biografij Brauna i Lisickiego to człowiek po prostu nikczemny. To indywiduum walczące nie tylko z Kościołem, ale także, a może przedewszystkiem - z Bogiem, z Maryją i świętymi. Myślę, że 98% populacji, której wmówiono, jakoby pozytywną innowacją enerdowca były hasła: sola scriptura – jedynie Pismo, sola fide – jedynie wiara, sola gratia – jedynie łaska, solus Christus – jedynie Chrystus, solum Verbum – jedynie Słowo, będzie zdziwiona kuriozalnymi koncepcjami Boga i człowieka wyłaniającymi się z teologii luterańskiej. Akcentuje ona wszechmoc Bożą i bezsilność człowieka. Człowiek nie ma wolnej woli, a zatem nie ponosi odpowiedzialności za popełniane zło. Równocześnie jednak Bóg znajduje się daleko od człowieka, a zbawienie przyznaje mu na takiej zasadzie, na jakiej władca udziela amnestii łotrowi.

Czy widzicie sens dialogu ekumenicznego ze wspólnotą opierającą się o takie aksjomaty filozoficzne i teologiczne? Jeśli jesteście wciąż jeszcze katolikami, to z pewnością uznacie, że jedynym celem takich rozmów może być wyłącznie uczciwe zapoznanie ze stanowiskami teologij katolickiej i luterańskiej, wyjaśnianie im błędów i nakłanianie, aby się nawrócili.


p.s. Niektórych Czytelników może zdziwić, że względem ojca Marcina Lutra OSA używam przymiotnika „enerdowski”. A jakiego słowa powinienem używać? Przecież trabanta też nie nazywa się samochodem niemieckim …

piątek, 3 listopada 2017

Penisowe opowieści z krypty

"Odnowiono" kryptę biskupów katowickich mieszczącą się w archikatedrze Chrystusa Króla. Moje pierwsze skojarzenie jest takie: pomieszczenie wygląda, jakby dekorowali to "ciepli" dla "ciepłych". Współczuję pochowanym biskupom, których szczątki znajdują się z tym oryginalnie "udekorowanym" pomieszczeniu.





Link do całej galerii zdjęć z tego miejsca jest tutaj.

Gdyby ktoś zrobił kaplicę boczną w tej stylistyce, to ponarzekałbym na basenową podłogę i narzekanie by się skończyło. Jest to jakaś wizja artystyczna, nie moja, ale "jakaś". Tyle, że to jest kaplica GROBOWA, tam stoją trumny ze szczątkami ludzi, duchownych, hierarchów Kościoła. I z tego powodu nie mogę zaakceptować projektu.

Profesor Kalarus projektując plakaty posługuje się takim logiem, jakże dobrze oddającym dopasowanie jego sztuki do powagi katedry i krypty jej pasterzy

piątek, 27 października 2017

Od „Summorum pontificum” do „Amoris laetitia”

We wrześniu 2017 r. w Rzymie odbyły się obchody 10 rocznicy wejścia w życie motu proprio „Summorum pontificum” Ojca Świętego Benedykta XVI. Konferencja zgromadziła tym razem nie tylko tradycjonalistów z Instytutów Dobrego Pasterza oraz Chrystusa Króla Najwyższego Kapłana, dominikańskiego Bractwa św. Wincentego Ferreriusza czy FSSP, ale również wszystkich najznamienitszych oponentów argentyńskiego biskupa Rzymu, wśród których trzeba wskazać kardynałów Burke, Sarah i - co traktuję jako pewną niespodziankę – Müllera. Był on zapowiadany wśród gości jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, czyli przełożony Komisji Ecclesia Dei. Nie pełni już tej funkcji od lipca 2017 r. Niemniej, jego bliższa współpraca ze zdeklarowanymi konserwatystami to zdecydowanie dobra wiadomość.

Do niedawna lekceważyłem zupełnie ryzyko ograniczenia zapisów motu proprio Summorum Pontificum przez Franciszka Papieża. Wydawało się, że posoborowie robi wystarczająco dużo w zakresie praktycznego torpedowania równouprawnienia Mszałów, że niepotrzebne jest nikomu wprowadzanie dodatkowych restrykcyj. Że świetnie się sprawdza polityka zamilczania tradycyjnego katolicyzmu. Że jesteśmy zbyt małą mrówką w skali świata, by modernistyczny słoń uznał za stosowne rozejrzeć się, gdzie ma tupnąć. Jednak niepokojące pogłoski pojawiły się jako tło możliwego „porozumienia” pomiędzy Watykanem a Bractwem św. Piusa X, według którego prawo do odprawiania Mszy w tradycyjnej formie rytu rzymskiego miałoby zostać ograniczone do członków prałatury personalnej, utworzonej dla „pojednanych” członków FSSPX.Być może kard. Gerard Müller storpedował te zamysły swojego pryncypała podsuwając mu do aprobaty list zamrażający „dialog ekumeniczny” Bergoglio – Fellay, poprzez postawienie Piusowcom żądań, których oni żadną miarą przyjąć nie mogą.Miałby za to u nas dodatkowy dług wdzięczności.

Po namyśle muszę zrewidować nazbyt optymistyczne prognozy. Zastanówmy się zatem, na czym polega wojna posoborowia z katolicyzmem, co jest polem bitwy i co jej metodami. Nauczanie Kościoła katolickiego opiera się o trzy filary: dogmatykę, liturgikę i etykę. Posoborowie od swego zarania atakuje dwa pierwsze spośród nich, zaczynając od błędów w zakresie eklezjologii i wolności religijnej Soboru Watykańskiego II oraz ekumeniczny charakter Nowej Mszy. Sami papieże Paweł VI i Jan Paweł II równocześnie demolowali liturgikę i dogmatykę oraz potwierdzali nauczanie Kościoła w zakresie nierozerwalności małżeństwa, wypowiadali się przeciw aborcji i antykoncepcji. Ich podwładni – kardynałowie, biskupi, episkopaty, poszczególni duchowni i profesorowie teologii – różnie podchodzili do tematu. Jedni pozostawali w jedności nauczania z papieżami (pracując przy okazji ciężko na stereotyp, że Kościół najbardziej interesuje się przykazaniem „nie cudzołóż”), inni zaś – zdecydowanie bardziej liczni – kwestionowali i kontestowali doktrynę katolicką, aplikując do niej zasady posoborowej teologii.

Co można by uznać za kwintesencję posoborowej teologii? Myślę, że są to zwulgaryzowane tezy Jana von Balthasara, rozważającego nadzieję powszechnego zbawienia. Koncepcje te bardzo dobrze wpasowały się w rzeczywistość drugiej połowy lat sześćdziesiątych XX wieku, erę rozluźnienia dyscypliny kościelnej i fałszywego, bezrefleksyjnego optymizmu, a więc postaw zbieżnych z pustoszącą i wyjaławiającą świat Zachodu rewolucją seksualną. Trudno byłoby znaleźć tę ideę (lub choćby przesłanki dla niej!) w dokumentach Soboru Watykańskiego II, jest już natomiast doskonale obecna w „debiutanckiej” encyklice Jana Pawła II pt. „Redemptor hominis”.



„Redemptor hominis” jest manifestem antropocentryzmu. Według polskiego papieża posoborowego „wszystkie drogi Kościoła prowadzą do człowieka”, zaś „Chrystus zjednoczył się z każdym człowiekiem”. Żeby nie było żadnych wątpliwości, co do skuteczności aktu, jaki zaistniał wraz z Tajemnicą Wcielenia, Jan Paweł II doprecyzowuje: „Chrystus raz na zawsze się zjednoczył z każdym człowiekiem”. Czy konieczne jest przyjęcie chrztu w celu uzyskania godności dziecka Bożego? Czy możliwe jest odtąd popełnienie przez któregokolwiek z ludzi grzechu śmiertelnego? Jaka jest rola spowiedzi i uzyskania rozgrzeszenia? Czy człowiek dysponuje jeszcze wolną wolą, skoro tak mocno został obdarzony łaskami Bożymi?

Tak mocno przez nas w Polsce krytykowany posoborowy katolicyzm krajów Europy Zachodniej, ów „katolicyzm bezobjawowy”, dokonał mistrzowskiej recepcji teologii antropocentrycznej. Rozwinięte społeczności błyskawicznie dostosowały się do idej „Redemptor hominis”. W najwygodniejszy dla siebie sposób.

Komunikat ten odczytano jako: możesz się zupełnie nie starać, a mimo to i tak pójdziesz do nieba. O ile niebo istnieje, bo religia to przecież tylko średniowieczne przesądy. Liczy się tylko to, co jest tu i teraz. Jest to z jednej strony wielka pochwała lenistwa, niestaranności, a z drugiej strony – nihilizmu. Paradoksalnie można powiedzieć, że koncepcja, która według Wojtyły miała ukazywać nieskończoną dobroć i miłosierdzie Boga, w praktycznym ujęciu prowadzi do Jego marginalizacji i lekceważenia. Sfabrykowano koszmarną liturgię (Novus Ordo), która niczego nie wymaga od uczestników. Nadto teologia antropocentryczna odcisnęła swe piętno na współczesnej architekturze i wystroju świątyń, na muzyce i szatach liturgicznych, na mentalności duchownych i świeckich. Stworzyła całą posoborową religię - taką, jaką ją znamy.

Z kronikarskiego obowiązku dopowiem, że herezja powszechnego zbawienia jest głoszona również przez argentyńskiego Biskupa Rzymu.

W świetle tego wszystkiego spójrzmy na sławetny franciszkowy dokument „Amoris laetitia”.

Zwłaszcza rozdział VIII adhortacji zawiera typowy posoborowy bełkot, rozwadniający jednoznaczną katolicką doktrynę. Bergoglio nie napisał bowiem wprost: "osoby pozostające w nowych związkach damskomęskich z osobami innymi niż te, z którymi zawarły sakramentalny związek małżeński, mogą przystępować do spowiedzi, uzyskiwać rozgrzeszenie i otrzymywać Komunię Świętą". On ograniczył się zapisania wielu zdań warunkowych i wielokrotnie złożonych, odwołujących się do praktyki duszpasterskiej, do miłosierdzia, do wspierania istniejących rodzin i dobra wychowywanych w nich dzieci.

Większość episkopatów nie miała problemu z odczytaniem intencji Argentyńczyka. Jego rodacy, Maltańczycy czy Niemcy stwierdzili, że osoby pozostające z związkach o charakterze cudzołóżczym z punktu widzenia tradycyjnej doktryny Kościoła, mogą niekiedy być dopuszczane do spowiedzi i Komunii Świętej. Wszystkie te interpretacje „Amoris laetitia" spotykały się z wyrazami aprobaty totumfackich Bergoglia, podczas gdy konserwatywna wykładnia adhortacji dokonana przez Konferencję Episkopatu Polski nie została przez Watykan równie mile przyjęta.

Jednak patrząc z perspektywy teologii antropocentrycznej na „Amoris laetitia” i jej krytykę przez katolickich konserwatystów, w tym czterech niezłomnych kardynałów (żyjących Rajmunda Burke'a i Waltera Brandmüllera oraz zmarłych niedawno Joachima Meissnera i Karola Caffarrę), jest to burza w szklance wody! Skoro akt Wcielenia Syna Bożego zjednoczył na zawsze każdego człowieka z Chrystusem, to więzi tej nie może zerwać tak trywialny problem jak niewierność małżeńska. Mało tego! Praktyka funkcjonowania posoborowia przez kilkadziesiąt ostatnich lat dopuszcza znacznie więcej niż to, na co zezwalają liberalne interpretacje „Amoris laetitia” Chyba właśnie dlatego kardynalskie dubia spotykają się z tak ostentacyjnym désintéressement ze strony Bergoglia oraz jakichkolwiek znaczących posoborowych teologów. "Nie mieszajmy myślowo dwóch różnych systemów walutowych. Nie bądźmy peweksami!" - zdają się ... milczeć.

Dla wszystkich katolickich konserwatystów walka w sprawie „Amoris laetitia” ma zupełnie inne znaczenie. Jako się rzekło, etyka to ostatni z trzech wymiarów nauczania Kościoła, który nie był dotąd sfałszowany przez modernistów. Jeśli i tu nastąpi tąpnięcie, skończy się dla nas praktyczny sens i możliwości utrzymywania "unii personalnej", poprzez którą przywódca Kościoła Posoborowego był przez lata postrzegany jako papież w rozumieniu Kościoła katolickiego. Jeśli utwierdzą się rozbieżności zarówno w teologii jak i w etyce między oboma systemami religijnymi, to dalsza ewolucja posoborowia w kierunkach znanych nam z obserwacji współczesnych sekt protestanckich (kapłaństwo kobiet, akceptacja homoseksualizmu jako równoprawnej opcji seksualnej i rodzinnej itp. itd.) będzie już tylko formalnością. Stąd zapewne większe zaangażowanie zwolenników „hermeneutyki ciągłości” po stronie sympatyków tradycyjnej formy rytu rzymskiego, obserwowane podczas konferencji Ludu Summorum Pontificum. Jest to forma demonstracji, by ratować, co się da.

Przejdźmy do podsumowania. Obecność tradycyjnej formy rytu rzymskiego w kościołach nominalnie katolickich może niebawem zostać zakwestionowana w związku z wojną między bergoglianami a ratzingerianami.

Może tak się stać, ale nie musi. Nasi wrogowie są zapewne bardziej świadomi od potencjalnych stronników, że regularna celebracja i uczestnictwo we Mszy św. Piusa V to nie tylko wybór liturgiczny, ale przedewszystkiem teologiczny, który długofalowo powinien doprowadzić do odrzucenia błędnej teologii antropologicznej. Wszak jak głosi znane powiedzenie, „lex orandi, lex credendi”.

Mówiąc kolokwialnie, Franciszek może iść na rympał. Czyli „ubogacić” tradycyjną formę rytu rzymskiego posoborowym kalendarzem liturgicznym i czytaniami, zdemolując Mszę Katechumenów. A ponieważ mało kto wdrożyłby jego polecenia, wtenczas w ramach sankcyj dla nieposłusznych znieść „Summorum Pontificum”.

Z drugiej jednak strony, w pełnej zgodzie z teologią antropocentryczną byłoby dalsze konsekwentne budowanie jednej światowej religii, w której tradycjonaliści stanowiliby tolerowany nieszkodliwy folklor, równoważony wszelakimi wspólnotami protestanckimi i postkatolickimi.

Od czego zależy rozwój sytuacji? Chyba najbardziej od postawy naszych nowych (ale wciąż zazwyczaj „niepraktykujących”, tj. nie celebrujących w tradycyjnej formie rytu rzymskiego!) sojuszników – czy kardynałowie oponenci Bergoglia będą konsekwentni w oporze przeciw niemu, czy ów opór będzie narastał i ciążył ku przedsoborowej wizji Kościoła. Oni sami muszą zrozumieć, że „Amoris laetitia" to tylko wierzchołek góry lodowej, u podstaw której są błędy teologiczne Rahnera, Balthasara i Lubaca, usankcjonowane przez posoborowe magisterium Pawła VI i Jana Pawła II. Każdy, kto chce pozostać katolikiem, musi tę fałszywą teologię odrzucić!

Tu potrzebna jest, oczekiwana przez nas tak bardzo interwencja Ducha Świętego, który w ostatnich 50 latach zdaje się odrobinę przypominać naszych mitycznych rycerzy spod Giewontu. Skoro poniosła fiasko hermeneutyka ciągłości Ojca Świętego Benedykta XVI, która dawała pewne nadzieje na skorygowanie posoborowych błędów w obszarach liturgii i dogmatyki, wojna z modernistami jest najlepszą z dostępnych możliwości. Na tym polega dramat dzisiejszych czasów: najgorsza z możliwych wojen (wojna domowa) musi być potraktowana jako konieczność. Bo alternatywą dla niej jest … posoborowa apostazja.

Veni Creator Spiritus !!

czwartek, 5 października 2017

Słówko o ateiźmie ...

Ateiści lubią prezentować się jako ludzie oświeceni i naukowi, którzy nie wierzą w religijne bzdury, niegodne nowoczesnego, wykształconego człowieka. Jednak prawda o nich jest zupełnie inna.

Jak bowiem naukowo dowieść, że nie ma Boga? Przecież to jeszcze bardziej ryzykowne założenie niż potwierdzenie, że Bóg istnieje! Można prowadzić takie rozważania na płaszczyźnie filozofii, ale niemożliwe jest poparcie ich doświadczeniami w rozumieniu nauk empirycznych.



Twierdzenia ateistów są od strony metodologicznej zatem jakościowo dość podobne (a na pewno nie lepsze!) do twierdzeń teistycznych. Ponadto wiara w istnienie Boga może być poparta np. doświadczeniem - własnym lub cudzym. Tu "świadectwo" ateistyczne jest zdecydowanie słabsze.

Wiara chrześcijanina opiera się na przekazywanym świadectwie mającym swe źródło w Ewangeliach, odnoszącym się do uczniów Chrystusa. Fakt Zmartwychwstania na tyle odmienił ich życie i osoby, że w konsekwencji przemienił również Europę i znaczną część świata. Większość ludzi doświadcza również Boga w życiu swoim lub bliskich. Ateista musi zlekceważyć tę przesłanki, musi przesłonić je w najlepszym razie własnym negatywnym przekonaniem co do braku jakiejkolwiek nadprzyrodzoności.

Porównajmy dwie pozornie podobne postawy: agnostycyzm i ateizm. Agnostyk nie wie, czy jest Bóg, ateista wierzy, że Go nie ma. (Agnostyk może też po prostu być zupełnie niezainteresowany kwestią istnienia lub nieistnienia Boga).

Ateizm jest zatem swoistą religią, gdyż stanowi wiarę, że nie ma boga. Wszystko to implikuje bardzo wiele dalszych pseudodogmatów odnoszących się do powstania świata, rozwoju życia, pochodzenia gatunku homo sapiens. Chrześcijanin ma w tych zakresach znacznie więcej wolności, którą może wypełniać hipotezami wynikającymi z ustaleń naukowych.

Ostatnie dziesięciolecia to rozwój agresywnej ideologii ściśle powiązanej z ateizmem zwanej antyteizmem. Nie ma ona nic do zaproponowania prócz tezy, że wszystkie instytucjonalne religie są szkodliwe i prowadzą do zbrodniczego fundamentalizmu. Tyle, że w praktyce w ostatnich 250 latach nikt nie wymordował tak wielu niewinnych ludzi, co bezbożnicy. Liczba ofiar walki o nowy, „piękniejszy świat”, prowadzonej przez oświeceniowców, nazistów, komunistów oraz wszelkich innych rewolucjonistów jest szacowana na dziesiątki, setki milionów ludzi. Sporo spośród nich zostało zamordowanych tylko dlatego, że jakąś religię wyznawało i opowiadało się za systemem wartości niezgodnym z projektami owego „nowego wspaniałego świata”.

niedziela, 24 września 2017

Jaki papież, taki profesor !!

Właśnie podano do publicznej wiadomości, że 11 sierpnia br. grupa prominentnych teologów i szanowanych intelektualistów katolickich przedłożyła Franciszkowi "synowskie napomnienie" w związku z heretyckim rozumieniem małżeństwa, życia moralnego i przyjmowania sakramentów zawartym w adhortacji Amoris laetitia.

Ponieważ dokument spotkał się z milczeniem upomnianego, sygnatariusze zgodzili się upublicznić treść memorandum oraz są otwarci na wsparcie inicjatywy ze strony dalszych intelektualistów katolickich.

Póki co, zebrano już 62 podpisy, nie dostrzegłem wśród nich niestety Polaków. A pisząc dokładniej, jest nazwisko osoby, która ... nigdy nie zaistniała.



Rzeczony magister nigdy nie protestował, gdy w różnych okolicznościach tytułowano go doktorem. Teraz zaś sam przyjął tytuł profesorski i podaje się za byłego profesora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Uzurpacja stopni naukowych zawsze powinna być traktowana skrajnie nagannie, tu zaś dodatkowo kompromituje bardzo ważną i potrzebną inicjatywę teologiczną.

Mam cień nadziei, że osobnik, którego wpis dotyczy, tym razem zachowa się honorowo i wycofa swój podpis spod listy. Że nie będzie kręcił, zrzucał winę na wszystkich dookoła ani udawał, że nic się nie stało.

sobota, 23 września 2017

Efekt ... Benedykta XVI ?!

Zapewne wszyscy pamiętacie entuzjazm polskich katolickich środowisk konserwatywnych, jaki nastał po objęciu Tronu Świętego Piotra przez Ojca Świętego Benedykta XVI. Było to dla nas trochę jak "nowa wiosna Kościoła", o jakiej przez lata trąbiła posoborowa propaganda. Rzeczywiście: coś się zmieniało nie tyle w mentalności i dyscyplinie, co w oczekiwaniach.

Do seminariów trafili młodzi chłopcy, którzy pragnęli być jak Benedykt: chcieli pięknej, czy choćby piękniejszej liturgii, chcieli uporządkowania w Kościele, chcieli chrześcijańskiego braterstwa lub przynajmniej życzliwości i serdeczności, jakie są fundamentami stosunków międzyludzkich w cywilizowanych społecznościach.

Ci dobrzy chłopcy ukończyli seminaria i zostali wyświęceni na kapłanów. I trafili do kościelnej polskiej rzeczywistości.

28 lutego 2013 r. Ojciec Święty Benedykt XVI "dobrowolnie" zakończył pełnienie posługi papieskiej. Z entuzjazmu lat 2005 - 2006 wiele już się wówczas nie ostało, ale ta decyzja była szokiem dla całego Kościoła. Być może najbardziej wstrząsnęła ona owymi młodymi kapłanami i alumnami ostatnich lat seminariów. Być może proste postrzeganie abdykacji Papieża jako dezercji ułatwia im, by w odniesieniu do siebie podjąć decyzję o zawieszeniu sutanny na kołku i przejściu do cywila.



Coraz częściej dowiadujemy się o odejściach z kapłaństwa bardzo młodych stażem prezbiterów. Gdyby pozbierać informacje z całej Polski, ujmując zarówno członków instytutów tradycjonalistycznych jak i kapłanów diecezjalnych (birytualnych oraz konserwatywnych doktrynalnie, choć celebrujących tylko Novus Ordo), okazałoby się, że w dwu - trzech ostatnich latach straciliśmy przynajmniej kilkunastu takich młodych kapłanów.

To jest przerażające.

Zawodzimy na całej linii.

Decyzja o porzuceniu kapłaństwa jest być może trudniejsza od strony ludzkiej niż duchowej. Bo dla nich to także zakwestionowanie prawie całego dotychczasowego dorosłego życia. Przekreślają je i wolą zaczynać od zera.

Te fakty oznaczają, że młodym kapłanom bardzo brakuje zarówno wsparcia modlitewnego jak i zwykłego dobrego słowa. Nie chcę teraz nikogo osądzać, nie chcę ubolewać o braku rozumienia cudu i daru kapłaństwa. Chciałbym po prostu przyczynić się choć w najmniejszym stopniu, aby uratować i zachować posługę choć jednego księdza.

Módlmy się za naszych kapłanów i seminarzystów!!

wtorek, 11 lipca 2017

Jak Bergoglio zwolnił kardynała Müllera

W internecie pojawiła się relacja z rozmowy pomiędzy Franciszkiem a zdymisjonowanym prefektem Kongregacji Nauki Wiary Gerardem Müllerem. Spotkanie miało miejsce 30 czerwca br., w ostatnim dniu pięcioletniej kadencji Kardynała i trwało pięć minut.

Kardynał Müller oczekiwał, że jest wezwany w celu załatwiania spraw bieżących. W związku z powyższym przyszedł z plikiem dokumentów roboczych. Tymczasem argentyński biskup Rzymu miał zadać mu wyłącznie następujące pytania doktrynalne:
1) Czy jesteś za, czy przeciw diakonatowi dla kobiet?
2) Czy jesteś za, czy przeciw uchyleniu obowiązkowego celibatu?
3) Czy jesteś za, czy przeciw kapłaństwu kobiet?
4) Czy zamierzasz bronić treści adhortacji Amoris Laetitia?
5) Czy podtrzymujesz skargę związaną z usunięciem pod koniec 2016 r. trzech duchownych zatrudnionych w Kongregacji Nauki Wiary (jedynym zarzutem względem duchownych miało być to, że wypowiadali się krytycznie o pomysłach Franciszka – przyp. MnP)

Ponieważ kardynał Müller potwierdził, że jest przeciwny zmianom w Kościele łacińskim (pkt 1 – 3), zauważył, że Amoris Laetitia zawiera niejasności wymagające wyjaśnienia oraz nie odciął się od swoich byłych współpracowników, Bergoglio wypowiedział zdanie „Kardynale Müller, nie przedłużam twojej misji w Kongregacji Nauki Wiary” i opuścił pokój.



Nie wiem, czy tak było. Strona onepeterfive.com nie jest portalem plotkarskim i jakkolwiek zaprezentowana scena pasuje bardziej do serialu „Młody Papież”, to świetnie odzwierciedla klimat panujący aktualnie na Watykanie. Każdy dzień przynosi teraz podobne relacje. Tymczasem tej najważniejszej, najbardziej oczekiwanej dymisji wciąż niestety nie ma.

piątek, 7 lipca 2017

X lat Summorum Pontificum

Dokładnie 10 lat temu Ojciec Święty Benedykt XVI wydał motu proprio liberalizujące dostęp do tradycyjnej formy rytu rzymskiego. W zamyśle Papieża dokument miał spełnić dwa główne zadania. Po pierwsze stanowił akt sprawiedliwości dziejowej względem najważniejszej formy liturgicznej chrześcijaństwa zachodniego, która została zniszczona i wypędzona z kościołów katolickich po II soborze watykańskim. Po drugie zaś miał wpłynąć pozytywnie na posoborową formę liturgii Kościoła Rzymskokatolickiego, będącą w najlepszym razie nieudanym eksperymentem niedouczonych biurokratów. Osobiście uważałbym tę opinię o Mszy posoborowej za nazbyt łagodną, przychylając się do zdania, iż mieliśmy do czynienia z celowym działaniem projektowanym i realizowanym przez wrogów wiary katolickiej.



Polska jest krajem, który - w porównaniu do innych - może stanowić pozytywny przykład oddziaływania Summorum Pontificum. Za niecałe dwa tygodnie rozpoczyna się czwarta edycja warsztatów liturgicznych Ars Celebrandi - największych takich spotkań kapłańskich na świecie! Co roku nasz ryt odkrywa wielu nowych księży i rozpoczyna naukę celebracji tradycyjnej Mszy Świętej. Co roku kilku młodych ludzi jest wyświęcanych na kapłanów celebrujących wyłącznie przedsoborową formę Mszy, a kilku lub kilkunastu innych decyduje się, by równolegle z prymicją posoborową odbyć również "prymicję trydencką". Ufam, że odtąd Msza będzie im stale towarzyszyć przez resztę posługi Bogu i Kościołowi.

Równocześnie jednak tradycyjna forma rytu rzymskiego pozostaje absolutnym marginesem polskiej rzeczywistości parafialnej. Z raportu opublikowanego przez Una Voce Polonia wynika, że liczba miejsc z coniedzielną Mszą trydencką odbywających się za zgodą proboszcza i biskupa wzrosła przez tych 10 lat z 5 do 40. Msza jest więc stale obecna zaledwie w 0,39% parafii, w 3,8% dekanatów oraz 63% diecezji. W całym kraju jest 119 wszystkich miejsc (kościołów, kaplic) z regularnymi, rzadszymi celebracjami, podczas gdy w 2007 r. było ich tylko 9.

Powyższe liczby pokazują niestety skalę fiaska doczesnego motu proprio Summorum Pontificum. Odpowiednie struktury kościelne, a więc kurie, seminaria duchowne, konferencje episkopatów, biskupi, kongregacje rzymskie i .... papieże nie zrobili niemal nic przez tę dekadę dla naprawy liturgii. Kilka miesięcy temu publikowaliśmy zestawienie odnoszące się do partycypacji polskich biskupów w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego w latach 2007 – 2017. Polskim liderem zestawienia pozostaje JE biskup Tadeusz Pieronek, niereformowalny przedstawiciel katolewicy, co samo w sobie pokazuje, jak przypadkowa jest powyższa klasyfikacja.

Ogromną zasługą Ojca Świętego Benedykta XVI pozostaje więc tak naprawdę tylko jedno: cofnięcie zgody na prześladowanie tradycjonalistów, jakie miało miejsce w mrocznych czasach Pawła VI i Jana Pawła II. Ale nie powiedziałbym niestety, że ogólna sytuacja kościelna jest dziś lepsza niż 10 lat temu. Największą tragedią tej dekady jest zmiana władzy na Watykanie, skutkująca pełnieniem funkcji Biskupa Rzymu przez argentyńskiego kardynała Jerzego Bergoglio, który przyjął imię Franciszka. Bergoglianie narzucają niezgodną z niezmiennym nauczaniem Kościoła interpretację VI przykazania Bożego, dopuszczającą cudzołożników do "legalnego" przyjmowania Komunii Świętej. W różnych Kościołach partykularnych pojawia się presja na kapłanów niegodzących się na to świętokradztwo. Moderniści przesunęli zatem front destrukcji katolicyzmu daleko na polu doktrynalnym.

Zaś o projektowanej przez Benedykta XVI "reformie reformy" liturgicznej jest cicho. Kapłani celebrujący Mszę w tradycyjnej formie rytu rzymskiego również nie są nią zainteresowani. Ostatnim partyzantem na froncie zdaje się być czcigodny kardynał Robert Sarah, udzielający sporadycznie wypowiedzi podkreślających korzyści z celebracji ad orientem. Równocześnie z kręgów progresywnych pojawiają się postulaty stworzenia nowego, jeszcze bardziej "ekumenicznego" rytu liturgicznego, oczywiście pozostające poza wiedzą i kompetencjami wspomnianego wyżej kardynała prefekta kongregacji Kultu Bożego.

Co będzie działo się w Kościele w najbliższych latach? Tradycyjna forma rytu rzymskiego pozostanie domeną - jak to często jesteśmy nazywani - "hobbystów". Ma to tylko taką zaletę, że nie sądzę, by Franciszek przypuścił atak na treść Mszału Jana XXIII, usiłując go "zreformować". Zresztą wątpię, by decyzja idąca w takim kierunku została wprowadzona w życie. U młodego pokolenia kapłanów i wiernych Mszał Jana XXIII nie jest postrzegany za optymalną formę liturgiczną. Coraz częściej - i bardzo dobrze - sięga się po przykurzone Mszały sprzed 1950 r., czyli sprzed początków destrukcyjnej działalności Hannibala Bugniniego. Wszelkie próby manipulacji przy Mszale z 1962 r. jedynie legitymizowałyby korzystanie z wcześniejszych ksiąg liturgicznych.

środa, 5 lipca 2017

ŁAMIĄCA WIADOMOŚĆ ! (ks.) Jacek Międlar ogłasza

... że niebawem założy katolicką i nacjonalistyczną rodzinę.


Trzeba przewinąć filmik do ok. 22 min. 30 sek.

Jakby chciał pozostać katolikiem, to powinien najpierw przejść laicyzację. Choć w jego przypadku można by również rozważać analizę ważności święceń - czy w ogóle ważnie je przyjął, biorąc pod uwagę ogólną niedojrzałość i rozum. Zauważmy, że dla niego najbliższym synonimem kapłaństwa i wypełniania obowiązków stanu duchownego jest … starokawalerstwo.

Zakon oo. misjonarzy powinien zatem rozważyć zbadanie ważności święceń udzielonych Jackowi, na analogicznej zasadzie, jak bada się niedojrzałość skutkującą nieważnością udzielenia i przyjęcia sakramentu małżeństwa.

Międlar zawsze zachowywał się, jakby chciał być głównie działaczem i trybunem, a nie kapłanem. Pobrzmiewa to w jego kazaniach, w mowach publicznych, w oświadczeniu o odejściu z zakonu i w aktualnych pogadankach. Jeśli nigdy nie rozumiał, czym jest kapłaństwo (także z uwagi na słabość formacji seminaryjnej), to czy mógł je skutecznie przyjąć od biskupa? Mam tu bardzo poważne wątpliwości.

Ale zapewne nikt nie pójdzie tą drogą, bo musieliby się przyznać również do własnych błędów, skutkujących dopuszczeniem do święceń osoby zupełnie do tego nie przygotowanej. No i ktoś musiałby odprawić Msze, za które Jacek "skasował" w życiu intencje mszalne.

Post scriptum

Nie przesłuchaliśmy całości jackowych mądrości, ale jako uzasadnienie decyzji o porzuceniu „starokawalerstwa” padają takie słowa:

"Skarbnik papieża Franciszka gwałcił małe dzieci w katedrze w Australii, a w jego pokoju znaleziono kokainę, alkohol. Przyznał się, że brał udział w orgiach homoseksualnych."

Jak więc widzimy, Jackowi miesza się dość dokładnie sprawa oskarżeń względem kardynała Jerzego Pella z rewelacjami kojarzonymi z sekretarzem kardynała Franciszka Coccopalmerio, niejakim Alojzym Capozzim. Jacek Międlar nie jest jednak mniej upadłym księdzem od pedofilów, których krytykuje. Co najwyżej ciężar jego grzechów osobistych może być szczęśliwie mniejszy. Ale upadli kapłani są jak dwa pejsy jednego Żyda.

piątek, 30 czerwca 2017

Potwór z dziećmi

Choć wykroczymy w ten sposób poza główny obszar zainteresowań bloga, warto byłoby powiedzieć słówko o jednym z najlepszych piłkarzy świata, Cristiano Ronaldo.

Świat obiegła wiadomość, że CR7 ponownie został ojcem, tym razem bliźniąt. Osobnik ten ma ponadto siedmioletniego synka. Dzieci za każdym razem urodziły surogatki, które pozostają anonimowe. Media głównego nurtu mając problem z tą informacją, chyba najczęściej wybierają formułę neutralną pisząc, że „Cristiano Ronaldo pokazał światu bliźniaki”. Tymczasem taka forma powiększania rodziny nie jest dobra ani nawet obojętna. To nienormalność.

Trzeba być POTWOREM, by odmówić własnym dzieciom posiadania matki.
Patrzcie, tak wygląda potwór z dziećmi.




Nie chcę wnikać, jakie są przyczyny nienormalności CR7. Czy przewróciły mu w głowie pieniądze, czy jest kryptohomoseksualistą, czy stało się z nim cokolwiek innego. Cristiano Ronaldo jest wybitnym piłkarzem, nikt mu nie odbiera ani nie odbierze osiągnięć na murawie. Ale na jego pozaboiskowe poczynania po prostu nie chce się patrzeć.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

(ks.) Jacek Międlar rozpoczyna walkę z celibatem

23 maja 2017 r. minęły dwa lata od święceń kapłańskich diakona Jacka Międlara. Przez ten czas sporo się zdarzyło w jego życiu: po pół roku posługi został gwiazdką w środowiskach narodowych, co uderzyło mu tak bardzo do głowy, że już we wrześniu 2016 r. ową posługę zakończył, przechodząc do cywila. Od tego czasu "pan" Jacek stacza się po równi pochyłej, przyjmując status trzecioligowego celebryty.

Nieszczęśnik właśnie rozpoczął nowy etap w życiu, etap walki z doktryną Kościoła katolickiego, umieszczając na portalu youtube paszkwil przeciwko celibatowi. Czego można się dowiedzieć z zaprezentowanej pogadanki?



Jest ona skonstruowana zgodnie z zasadą: "powiem odrobinę prawdy i wiele kłamstw".

W ujęciu Międlara celibat to "jest przypadłość, która pojawiła się w Kościele Zachodnim dopiero w XII wieku". Rzekomo miało go nie być w Kościele pierwotnym, a wszelkie obostrzenia względem łączenia obowiązków kapłańskich i małżeńskich miały zostać wprowadzone w wieku IV, gdy to neoplatonizm i stoicyzm wkradły się do Kościoła i zaczęły wiernym obrzydzać seks. Celibat jest więc owocem błędnej ideologii, niezgodnym z Ewangelią. Według Międlara optymalnie byłoby, gdyby celibat stał się dobrowolną opcją, oczywiście wyłącznie dla księży z inklinacjami starokawalerskimi, a nie homoseksualnymi. Tych ostatnich powinno się wygonić z Kościoła, nawet jeśli po takiej operacji pozostałoby niewielu kapłanów.



Nie bardzo widzę sens, by komentować każde zdanie z wizji "pana" Jacka. Szkoda na to czasu, zwłaszcza, że fakty nie wydają się być szczególnie istotne dla Międlara. Mam wrażenie, że ma on coraz większe parcie na realizację chorej wizji "przywracania Kościoła w ręce chrześcijan". Zapewne będzie to oznaczało, iż zbajeruje jakąś "narodową Karynę", "poślubi" ją i będą razem prowadzić radykalną sektę antykatolicką i witać się w filmikach youtube'owych słowami: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze dziewica".

Już teraz zbiera mi się na wymioty na myśl o dalszej karierze Jacka Międlara.

piątek, 26 maja 2017

Nadchodzą święcenia, nadchodzą prymicje !

Rozpoczął się w Polsce czas święceń kapłańskich. Szczególnie cieszą powołania tradycjonalistyczne. Coraz więcej kleryków interesuje się Nadzwyczajną Formą Rytu Rzymskiego i kończy seminaria z pełną umiejętnością celebracji naszej pięknej, łacińskiej Mszy. Wśród nich jest również syn pani premier Beaty Szydło, Tymoteusz.

Już jutro, 27 maja 2017 r., dk. Tymoteusz Szydło zostanie wyświęcony na kapłana rzymskokatolickiego dla diecezji bielsko - żywieckiej. Zaś 4 czerwca, w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, ksiądz Tymoteusz odprawi swoją "trydencką prymicję", w Krakowie w kościele pw. św. Krzyża (godz. 19:15).

A tak mogłaby wyglądać rozmowa jego Mamy z pewną doskonale nam znaną osobistością ...



czwartek, 18 maja 2017

Czy FSSPX popełni samobójstwo?

Im więcej „gestów dobrej woli” wykonuje względem lefebrystów argentyński Biskup Rzymu, tym bardziej jestem zaniepokojony o przyszłość Bractwa św. Piusa X.

Miesiąc temu wielu ludzi dobrej woli ucieszyło się, że Franciszek działa na rzecz uznawania za ważne i niepodważalne małżeństw zawieranych przed kapłanem – członkiem FSSPX, w przypadku których do tej pory można było łatwo uzyskać, z uwagi na brak formy kanonicznej, „rozwód kościelny” przed posoborowym sądem kościelnym. Zgodnie ze wprowadzanym rozstrzygnięciem ordynariusze mają „o ile to możliwe”, delegować kapłana diecezjalnego do odebrania ślubowania składanego zgodnie z tradycyjnym rytem, a poprzedzającego Mszę za nowożeńców odprawianą przez kapłana Bractwa, albo też „udzielać koniecznej władzy kapłanowi Bractwa, który będzie również sprawować Mszę świętą”. Byłoby to zatem tworzenie nowej struktury „indultowej”, adresowanej wyłącznie personalnie do wiernych związanych z FSSPX i równoczesne legalizowanie celebracji Mszy przez kapłanów Bractwa, teoretycznie postrzeganych w świetle prawa kanonicznego jako suspendowanych tułaczy.



Zastanówmy się, co to oznacza. Funkcjonowanie FSSPX opiera się o zasadę jurysdykcji nadzwyczajnej. Jak to działa? Idę na Mszę św. celebrowaną przez członka Bractwa, idę do spowiedzi do duchownego Bractwa, zawieram małżeństwo przed kapłanem Bractwa, gdyż regularna hierarchia – od papieża poprzez biskupa aż po proboszcza – nie tylko nie dostarcza wiernym Sakramentów w ich tradycyjnych rytach ale także: nie naucza prawidłowo wiary katolickiej ani nie walczy z heretyckimi jej wykładniami.

Tę fundamentalną zasadę funkcjonowania Bractwa św. Piusa X może podważyć zaakceptowanie zasad określonych przez Franciszka, a sformułowanych w liście kard. Mullera datowanym na dzień 27 marca 2017 r. Władze FSSPX utrzymują, że stan wyższej konieczności sankcjonujący korzystanie ze środków jurysdykcji nadzwyczajnej nie minął, a jedynie władze oficjalnego Kościoła nie odmawiają już pewnych praw tradycyjnym katolikom. Będą zatem opracowywać formalne wytyczne obowiązujące w tej sprawie wszystkich członków Bractwa. Zauważmy też, że sytuacja związana z jurysdykcją nadzwyczajną jest inaczej określana przez Watykan w odniesieniu do bractwowych małżeństw niż spowiedzi: na „legalną” spowiedź wszyscy księża FSSPX dostali od Franciszka „carte blanche”, w przypadku małżeństw zaś niestosowanie się do wprowadzanych reguł będzie zapewne skutkować dalszym orzekaniem o ich nieważności.

Tymczasem nie czekając na ogłoszenie stanowiska Bractwa oraz wypracowane szczegółowe rozstrzygnięcia grupa wpływowych kapłanów z dystryktu francuskiego (siedmiu dziekanów regionalnych – członków FSSPX oraz trzech opatów wspólnot zakonnych współpracujących z FSSPX) ogłosiła 7 maja br., iż zamierza sabotować Franciszkowe zarządzenia. Nie chcieli oni zwłaszcza dopuścić do sytuacji, w której do kaplic Bractwa udawaliby się delegaci wskazani przez biskupów, a „niemożliwa” byłaby organizacja ślubu i Mszy w kościele podlegającym diecezji. Duchowni zostali zdjęci ze swych stanowisk w Bractwie przez przełożonego dystryktu ks. Krystiana Bouchacourta, który zarzucił im niesubordynację.

Sytuacja jest bardzo delikatna. Z nieznanych mi przyczyn władzom Bractwa św. Piusa X zależy na uregulowaniu statusu kanonicznego z Kościołem Posoborowym rządzonym przez Franciszka. Skutkiem tej polityki biskupa Bernarda Fellay’a jest sprawa niespotykana w całej historii lefebryzmu: FSSPX jest bardzo cichym krytykiem posoborowia, zwłaszcza jeśli porównać je z postawą kard. Rajmunda Burke’a, biskupa Atanazego Schneidera i figur pomniejszych. Co za paradoks: znacząca i cały czas rosnąca liczba tradycyjnych katolików przywiązanych do NFRR w ramach duszpasterstw postindultowych oraz jakiś (w Polsce nie tak mały) odsetek konserwatywnych uczestników Novus Ordo ma – najdelikatniej pisząc – wątpliwości, czy Franciszek jest katolikiem, a równocześnie główni spadkobiercy arcybiskupa Lefebvre’a ewidentnie podążają w przeciwną stronę.

Największym ryzykiem ewentualnego porozumienia z posoborowiem jest dziś sama akceptacja, że ma ono jurysdykcję zwyczajną i może jej udzielać tradycjonalistom. Porozumienie FSSPX z modernistami nie oznacza w praktyce jednostronnego (Watykan uznaje FSSPX), lecz wzajemne uznanie ważności i godności sprawowanych sakramentów. Byłem zwolennikiem takiej ugody w czasach panowania Benedykta XVI, bowiem mogła ona w istotny sposób wesprzeć „reformę reformy liturgicznej”. Dla uzdrowienia całego posoborowia, czy też choćby samego Watykanu, warto było ryzykować swoistym komfortem instytucjonalnym wypracowanym przez prawie 50 lat funkcjonowania tradycjonalistów. Dziś, choć to zaledwie 10 lat później, szansa na poprawę czegokolwiek na Watykanie jest znacznie mniejsza. Teraz to tam znajduje się centrum rewolucji antykatolickiej niszczącej katolicyzm.

Jaki jest sens, by dogadywać się z Franciszkiem w sprawie ważności małżeństw zawieranych przez tradycyjnych katolików, jeśli mają ich obowiązywać uproszczone procedury prowadzące do uznawania małżeństw za nieważnie zawarte, które Bergoglio zawarł w motu proprio „Mitis iudex Dominus Iesus” ?! Czy bp Bernard Fellay zechce narzucić kierowanemu przez siebie Bractwu ponowne dopuszczanie do składania przysiąg małżeńskich osoby z franciszkowym „posoborowym rozwodem”?

Bractwo Kapłańskie św. Piusa X bardzo przysłużyłoby się Kościołowi, gdyby powiedziało teraz do Franciszka: wszelkie negocjacje dotyczące ewentualnej prałatury personalnej zawieszamy do czasu, gdy wycofasz się z adhortacji „Amoris Laetitia”, pozwalającej na przyjmowanie Komunii św. przez osoby trwające w grzechu śmiertelnym oraz „Mitis iudex Dominus Iesus”, upraszczającej uzyskanie „rozwodu kościelnego”.

Większy byłby pożytek z takiego postawienia sprawy niż z legalizowania FSSPX przez modernistycznych okupantów Watykanu.

sobota, 13 maja 2017

Fatima: orędzie po mistrzowsku zignorowane

Nie spodziewałem się niczego dobrego po wizycie Franciszka Papieża w Fatimie. To znaczy: ani poświęcenia Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi ani – przynajmniej – podjęcia działań na rzecz upowszechnienia nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca, stanowiących wynagrodzenie za bluźnierstwa i obelgi przeciwko Matce Bożej.



Niestety, nie zawiodłem się na Franciszku. Wygłosił on absolutnie nijakie przemówienie, pomijające wszystkie najważniejsze kwestie związane z objawieniami maryjnymi w Fatimie. Nie ma więc nic podkreślającego dramatyczne wezwanie do nawrócenia, nic o możliwości i godziwości nałożenia na świat kary boskiej, nic na temat konieczności podejmowania wyrzeczeń czy ofiarowania cierpień w intencji nawrócenia grzeszników. Nie ma nic o szczególnych przymiotach Dzieci Fatimskich – Hiacynty i Franciszka, których Bergoglio ponoć kanonizował. Wreszcie – nie ma nic o modlitwie różańcowej, do której nawoływała Matka Boża.

Co argentyński Biskup Rzymu uznał zaś za godne szczególnej uwagi? Przeczytajmy:
W swoich „Wspomnieniach” (III, n. 6) Siostra Łucja oddała głos Hiacyncie, dopiero co obdarzonej wizją: „Czy nie widzisz dróg, ścieżek i pól, pełnych ludzi, którzy płaczą z głodu, bo nie mają nic do jedzenia? A Ojciec Święty modli się w kościele przed Niepokalanym Sercem Maryi i razem z nim modli się bardzo dużo ludzi”. Dziękuję wam, bracia i siostry, że mi towarzyszycie! Nie mogłem tutaj nie przybyć, aby oddać cześć Maryi Pannie i Jej powierzyć Jej synów i córki. Pod Jej płaszczem nie zagubią się; z Jej ramion przyjdzie nadzieja i pokój, których potrzebują i o który błagam dla wszystkich moich braci w chrzcie i w człowieczeństwie, a zwłaszcza dla chorych i niepełnosprawnych, więźniów i bezrobotnych, ubogich i opuszczonych.
Można więc powiedzieć: wielki jubileusz fatimski odbył się, bo musiał; a Franciszek uczestniczył w nim, bo musiał. Tak jak musiałby zapewne pojechać na setne urodziny nielubianej ciotki, której nigdy nie mógł wybaczyć, że go targała za ucho, złapawszy na popalaniu papierosów z chuliganami w bramie. Ale teraz może zająć się tym, co lubi i co najważniejsze: pomocą dla uchodźców w Europie, interkomunią z protestantami czy potępianiem integryzmu.

sobota, 1 kwietnia 2017

Nowe plany Papieża Franciszka!

Jak twierdzą wtajemniczeni, ich drogi po raz pierwszy miały skrzyżować się w Filadelfii w 2015 r. Trochę zatem trwało ustalenie zasad współpracy, ale to już pewne: papież Franciszek wyruszy jesienią w trasę koncertową z metalowym zespołem Ghost, na prawach równorzędnego głównego wokalisty!



Od lat działam w polskich pismach, zinach i blogach heavymetalowych. Za pośrednictwem znajomych muzyków z tej niszy udało mi się przekazać Franciszkowi prośbę o wywiad. Wczoraj wieczorem zadzwonił w tej sprawie. Cała rozmowa będzie niebawem dostępna na kanale PEREŁ METALU, ale myślę, że kilka fragmentów może być również ciekawych dla czytelników Młota na posoborowie.

"Dobry wieczór, tu papież Franciszek!"

Dobry wieczór Franciszku! Bardzo się cieszę, że wkraczasz na niszę muzyki rockowej i metalowej. Co Cię do tego skłoniło?

"Oczywiście nowa ewangelizacja. Trzeba nieść nowe idee tam, gdzie ludzie ich potrzebują. Dostałem raporty od ONZ i Unii Europejskiej. Muzyki metalowej słuchają zazwyczaj homofobi, biali szowiniści, rasiści, a więc ludzie przeciwni uchodźcom. Trzeba ich nawracać!"

A dlaczego wybierasz Ghost?

"GHOST! Co za wspaniała nazwa! Religia polega na wierze w duchy. Ja bardzo mocno wierzę w Ducha Soboru Watykańskiego II, bardzo szybko okazało się, że artyści związani z Ghost wierzą w tego samego ducha. Ponadto zabawna koincydencja: wokalista Ghost występuje pod pseudonimem Papa Emeritus. Znowu trafiam na papieża - emeryta, co za szczęście! Aby pasować do tej konwencji, przybieram pseudonim Unholy Father (gromki śmiech).

Czy nie boisz się posądzeń o satanizm?

"Satanizm? Lucyfer to anioł światła. Jak ktoś wierzy w anioły, to znaczy, że wierzy też w Boga. Zresztą założę się o moją tiarę, że większość konserwatywnych katoli prywatnie nazywa mnie ojcem nieświętym. Chcę im pokazać, że też mają trochę racji"

Czy wytrzymasz całą trasę koncertową? Czy to odpowiednie dla osób w Twoim wieku?

"Pierwsze gwiazdy tej muzyki, a więc Black Sabbath, Deep Purple czy Led Zeppelin to niemal moi rówieśnicy. Jak mówił Lemmy z Motorhead: "jeśli uważasz, że jesteś za stary na rock'n'rolla, to faktycznie tak musi być!"

I tego się trzymajmy! Dziękuję za wywiad !!

wtorek, 7 marca 2017

35 lat od Deklaracji monachijskiej

25 lutego 1982 r. wietnamski arcybiskup Piotr Marcin Ngô Đình Thục podczas celebracji Mszy pontyfikalnej w Monachium ogłosił wakat Stolicy Piotrowej, wskazując na błędy doktrynalne religii posoborowej wynikające z: modernizmu, fałszywego ekumenizmu, kultu człowieka, wolności religijnej i braku potępiania przez posoborową hierarchię osób prezentujących nauczanie niezgodne z tradycyjną doktryną Kościoła katolickiego. Zdaniem Arcybiskupa zachodziła sprzeczność między pozornie dobrym stanem Kościoła kierowanego przez Jana Pawła II, cieszącym się wielką liczbą wiernych, uczestniczących w Nowej Mszy oraz korzystających z Nowych Sakramentów, a faktycznym stanem wiary na świecie. Arcybiskup Thuc uważał, że posoborowa protestantyzacja Kościoła, widoczna zwłaszcza w Novus Ordo, nie może podobać się Bogu.



Trudno zakwestionować obserwacje, które stoją u podstaw stanowiska, jakie przyjął wietnamski hierarcha. Mogę raczej powiedzieć, że są one dziś znacznie bardziej aktualne i prawdziwe. Stan Kościoła posoborowego jest obecnie bez porównania gorszy niż AD 1982. Nikt już dziś nie bredzi o "nowej wiośnie Kościoła", wszyscy dostrzegają wszechogarniający kryzys, w jakim ów się pogrąża. Ciężko byłoby dostrzec dobrą kondycję posoborowia w jakimkolwiek jego aspekcie. Zwłaszcza, że lider wspólnoty znany pod imieniem Franciszka spędza większość czasu na demolowaniu i szkalowaniu katolicyzmu oraz podkopywaniu resztek fundamentów cywilizacji chrześcijańskiej.

Paweł VI zmasakrował liturgię i rozpoczął destrukcję dogmatyki. Jan Paweł II dzielnie mu sekundował w obu tych obszarach, lecz przynajmniej stworzył tradycjonalistyczny skansen relatywnie wolny od większości chorób współczesnego Kościoła. Franciszek może poszerzyć ów oficjalny rezerwat o Bractwo św. Piusa X, ale równocześnie dokonuje destrukcji moralności katolickiej, w praktyce unieważniając nauczanie o małżeństwie oraz wykreślając szóste i dziewiąte przykazania Boże. W ten sposób wszystkie zarzuty arcybiskupa Thuca wypowiedziane w 1982 r., zostały ostatecznie zmaterializowane.

Jak doskonale pamiętamy, Ojciec Święty Benedykt XVI chciał naprawić posoborowie. Liczył, że nominalne równouprawnienie tradycyjnej Mszy z NOMem, zmiany wizerunkowe oraz rozmaite, powoli, lecz systematycznie wprowadzane korekty doktrynalne dadzą dobre efekty. Niestety, jego dobroć i dobrotliwość były bez skrupułów wykorzystywane przez karierowiczów i wrogów.

Jak to się skończyło? Karierowicze obciążali szefa odpowiedzialnością za swoją niekompetencje (np. sprawa "negacjonisty" holocaustu, biskupa Williamsona), a wrogowie nie ustawali w knowaniach. Niejasna i niewyjaśniona sprawa rezygnacji Papieża pokazuje poprzez owoce ich działań, kto był skuteczniejszy.

"Reforma reformy liturgicznej" była martwa niestety jeszcze za czasów panowania Benedykta XVI. Powiedzmy zresztą szczerze: papieżowi zabrakło w tej sprawie konsekwencji. Wydał prawo, ale sam nie odprawił publicznie Mszy w rycie klasycznym. Nie awansował w hierarchii wyłącznie duchownych celebrujących w obu formach rytu rzymskiego. Nie zsyłał wrogów swoich reform do Ketchikan na Alasce i w inne równie malownicze miejsca.

Wniosek stąd jest brutalny: miejscem posoborowia jest śmietnik i może je tam wysłać jedynie papież - zdeterminowany, mądry i ... bezwzględny. Sobór watykański II to dziś przeżytek i dobrze, że wymarło lub wymiera dziś pokolenie hierarchów emocjonalnie przywiązanych do owej hucpy. To być może nasza jedyna szansa.

W dzisiejszych czasach widać, że tradycyjni katolicy mają alternatywę pomiędzy przeczekaniem Franciszka, a hipotezami sedewakantystycznymi (sedewakantyzmem oraz sedeprywacjonizmem). Na dłuższą metę nie da się już stosować podejścia indultowego lub lefebrystycznego, polegającego na tolerowaniu modernistycznej hierarchii. Religie posoborowa i katolicka mają coraz mniej punktów wspólnych. Arcybiskup Lefebvre zdefiniował postawę, której zasadniczo trzyma się do dziś FSSPX, ufając, że czas kryzysu Kościoła będzie relatywnie krótki.

Podstawowym problemem praktycznym związanym z hipotezą sedewakantystyczną arcybiskupa Thuca jest niemożność powrotu prawowitej hierarchii katolickiej na Watykan. Sedewakantyści twierdzą: nie ma papieża od dziesięcioleci, nie żyją już kardynałowie mianowani przez prawowitych papieży, zatem nie da się wyjść z tej sytuacji, no chyba, że w jakiś cudowny sposób. Sedewakantyzm mógłby być traktowany jako akceptowalna hipoteza teologiczna tylko w czasach ostatecznych, w przededniu końca świata.

Nie dziwmy się zatem, że w rozmaitych kręgach konserwatywnych są aż tak popularne rozmaite prywatne objawienia, sugerujące jakoby ów koniec świata był już bardzo nieodległy. Myślę, że nie powinniśmy dawać im wiary i czynić z nich części światopoglądu. Każdy katolik powinien żyć tak, jakby jego koniec świata - koniec życia ziemskiego - miał nastąpić za chwilę.

Z uwagi na wszystkie przedłożone powyżej argumenty powstrzymuję się - póki co - przed uznaniem wakatu Stolicy Piotrowej. Ale doskonale rozumiem i nie ośmielam się potępiać tych, którzy wysnuwają już dziś bardziej radykalne wnioski. Nie zdziwię się, jeśli za kilka lat liderami nowej fali sedewakantyzmu będą prominentni hierarchowie dzisiejszej frakcji konserwatywnej Kościoła Posoborowego, związani z Nadzwyczajną Formą Rytu Rzymskiego (przychylni Mszy trydenckiej).

Zaczęliśmy od Arcybiskupa Piotra Marcina Ngô Đình Thụca i na nim skończmy. Uważam, że niezależnie od rozmaitych poważnych błędów, jakie wietnamski hierarcha popełniał (np. deklarując sedewakantyzm i wycofując się z tego, czy też udzielając święceń biskupich zdecydowanie zbyt wielkiej liczbie kandydatów, także ... starokatolików), należy mu się wielka wdzięczność i szacunek za podejmowane starania na rzecz uratowania katolicyzmu, za walkę z modernistami na miarę swej wiedzy i posiadanych - jakże skromnych - zasobów. Katolicyzm jest religią, w której przede wszystkim oceniamy intencje.

Bóg zapłać!

poniedziałek, 20 lutego 2017

Którzy biskupi odprawiają Mszę w Polsce po Summorum Pontificum ?

Strona Unacum.pl umieściła zestawienie dotyczące uczestnictwa biskupów rzymskokatolickich we Mszach celebrowanych w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego w latach 2007 – 2017. Biegnie już dziesiąty rok od wejścia w życie Summorum Pontificum, statystyki jednak dalekie od imponujących.

Pozwolę sobie pominąć samo uczestnictwo we Mszy, choćby i połączone z udzieleniem sakramentu bierzmowania. Wyliczmy, ilu biskupów zechciało nauczyć się naszego rytu i w nim celebrować!

Po razie uczynili to: kard. Rajmund Burke (USA/ Zakon Maltański/ Guam), bp Wacław Depo, bp Albin Małysiak (R+I+P), bp Grzegorz Balcerek, abp Józef Życiński (R+I+P), bp Andrzej Dziuba, abp Marian Gołębiewski, bp Paweł Cieślik oraz hierarchowie celebrujący podczas tradycjonalistycznego Iuventutem 2016, imprezy towarzyszącej wycieczce Franciszka do Polski: abp Dawid Macaire O.P. (Martynika); bp Marek Aillet (Francja); bp Dominik Rey (Francja); abp Diarmuid Martin (Irlandia) oraz bp Robert J. McManus (USA). I wszyscy oni zajmują ex aequo medalową trzecią pozycję.

Srebrny medal i drugie miejsce należy do JE bpa Tadeusza Pieronka, który odprawił Mszę trydencką aż dwa razy, raz udzielając sakramentu bierzmowania, raz udzielając święceń kapłańskich. Nie jest to oczywiście winą Biskupa Tadeusza, że wyświęcony przez niego kapłan (pierwszy kapłan wyświęcony w Polsce, w Kosciele katolickim, od czasu posoborowej rewolucji) nie pełni już swoich funkcyj oraz można o nim mówić wyłącznie w pejoratywach. Tak wyszło.

Wreszcie, złoty medal za sześć celebracyj w KRR przynależy się czcigodnemu Biskupowi Atanazemu Schneiderowi z Kazachstanu. Czy trzeba coś dodawać do tej wyliczanki?



Może tylko to, że poza klasyfikacją znaleźli się biskupi celebrujący w Polsce w ostatniej dekadzie, lecz niekorzystający z Summorum Pontificum Ojca Świętego Benedykta XVI. Mam tu na myśli Ich Ekscelencje: Bernarda Fellay’a, Alfonsa de Galarreta, Bernarda Tissiera de Mallerais oraz Ryszarda Williamsona i Donalda Sanborna. Gdyby ich sklasyfikować, każdy z nich walczyłby z Msgr. Schneiderem o palmę pierwszeństwa.

Swój szyderczo – cyniczny wpis zakończę pytaniem do Czytelników: a może ktoś z Państwa zechciałby „sklasyfikować” ww. biskupów? Czy nie pominąłem aby jakiegoś nazwiska?

niedziela, 5 lutego 2017

Recenzja: Antonio Socci - Ostatnie proroctwo

Antonio Socci - Ostatnie proroctwo

List do papieża Franciszka w Kościele w czasach ostatecznych

W styczniu bieżącego roku ukazała się po polsku kolejna książka Antoniego Socciego poświęcona aktualnym stadiom kryzysu Kościoła. Tłumaczem dzieła jest znany i ceniony duchowny, ks. Robert Skrzypczak, co może być dodatkowym atutem dla osób nieprzekonanych do antyfranciszkowych tez włoskiego dziennikarza.



Publikacja dzieli się na dwie części. Pierwsza zawiera przegląd proroctw zapowiadających kryzys Kościoła: Fatima, orędzia Marii Valtorty, La Salette, objawienia ks. Bosco, wizje Anny Katarzyny Emmerich, proroctwo św. Malachiasza. Mają one rozmaity ciężar gatunkowy i różny status w Kościele. Na przykład, wizje Valtorty nigdy nie zostały oficjalnie zaakceptowane przez Święte Oficjum. Można więc powiedzieć, że Socci pozostaje wierny swojej metodologii, katolika zwracającego baczną uwagę na wszelkie możliwe "głosy z nieba". Szczęśliwie nie wspomina natomiast Gospy z Medjugorje, której niegdyś był gorącym zwolennikiem.

Część drugą książki zgodnie z jej podtytułem stanowi list skierowany do Franciszka. Jest to rozbudowane upomnienie braterskie, odnoszące się do skutków płynących dla wiernych i dla Kościoła ze sposobu funkcjonowania Argentyńczyka i głównych idej jego administracji. Szczególny nacisk został położony na wydarzenia najnowsze, a więc lewacki ekologizm (encyklika oraz kuriozalne show, jakie pokazano na fasadzie bazyliki św. Piotra wieczorem 8 grudnia 2015 r.), walkę z fundamentalizmem chrześcijańskim, walkę z nierozerwalnością małżeństwa - motu proprio Mitis Iudex Dominus Iesus i motu proprio Mitis et misericors Iesus, atak na zakon Franciszkanów Niepokalanej, utwierdzanie w błędach zwolenników herezji Lutra, legitymizację reżymu braci Castro podczas wyjazdu na Kubę, sprzyjanie najeżdzającemu Bliski Wschód i Europę radykalnemu islamowi.

Książka została ukończona 26 grudnia 2015 r., nie ma w niej zatem odniesień do najnowszych osiągnięć Okupanta Rzymu, związanych z ogłoszoną 8 kwietnia 2016 r. adhortacją Amoris Laetitia czy z agresją przeciwko Suwerennemu Zakonowi Maltańskiemu.

Czy książka jest warta zakupu? Osoby mocno zainteresowane problematyką pontyfikcji Franciszka z pewnością nie będą zawiedzione argumentacją Antoniego Socciego. Ale przyjęta konwencja nie pozwoliła, by którykolwiek z tematów potraktować wyczerpująco; są one jakby sygnalizowane. Tak postępowalibyśmy, gdybyśmy rozmawiali w cztery oczy z Franciszkiem na każdy ze wskazanych tematów: obie strony znają fakty, a konserwatywny rozmówca pokazuje posoborowcowi jego błędy i nieścisłości logiczne. Zatem umiarkowanie pozytywnie oceniam przydatność "Ostatniego proroctwa" jako książki, za pomocą której chcielibyśmy dać punkt oparcia przeciętnemu, zdezorientowanemu Franciszkiem katolikowi. Taki czytelnik znacznie bardziej skorzysta z lektury znacznie bardziej kompletnych dzieł Antoniego Socciego - "Czwartej tajemnicy fatimskiej" lub "Czy to naprawdę Franciszek?".

Zaryzykuję nawet tezę, że przeciętnego katolika może odstraszyć zawarte w części pierwszej książki wyliczanie rozmaitych objawień prywatnych, na które powołuje się włoski publicysta. I ja stoję na stanowisku, że nadmierne przywiązanie do rozmaitych "głosów z niebios" to wada, a nie zaleta współczesnego nurtu konserwatywnego katolicyzmu. Co za dużo, to niezdrowo. Zastanówcie się zatem, czy potrzebujecie tej książki. A już na pewno nie kupujcie jej na prezent dla osoby umiarkowanie zorientowanej w kryzysie współczesnego Kościoła.

wtorek, 31 stycznia 2017

List otwarty amerykańskich tradycjonalistów do prezydenta Donalda Trumpa

Kilka dni temu grupka znanych amerykańskich konserwatystów i katolików - wśród nich m.in. publikowany wielokrotnie w Polsce (m.in.: Zawsze Wierni, Rzeczpospolita) Christopher A. Ferrara oraz Michael J. Matt (naczelny pisma Remnant) - napisała list otwarty do Prezydenta USA Donalda Trumpa z prośbą o zbadania, jakie działania podejmowała poprzednia administracja względem Watykanu, Ojca Świętego Benedykta XVI, czy przyczyniła się do jego abdykacji oraz czy nie wpływała na wynik konklawe 2013.



Wszystkie te pytania i wątki są bardzo zbieżne z hipotezą postawioną przeze mnie na blogu w grudniu 2016 r. według której Barrack Obama oraz Hillary Clinton obalili konserwatywnego papieża Benedykta XVI i zastąpili go swoją marionetką. Amerykanie, podobnie jak i niżej podpisany, nie opierają się o twarde dowody. Bo tych nie ma. Ale jest sporo rozmaitych przesłanek, drobnych śladów w wikileaks i wszystko to układa się w bardzo logiczną i spójną całość.

Jednak nie napiszę "great minds think alike" - "tęgie umysły rozumują podobnie", bowiem uważam formułę listu otwartego za bardzo nieszczęśliwą dla przedmiotowej sprawy. Czy tu potrzebny jest rozgłos?! Czy ktoś faktycznie chciałby ujawnienia Białej Księgi działań, które doprowadziły do abdykacji Benedykta XVI? Chyba znacznie ważniejszymi rzeczami jest odwrócenie akcji, czyli doprowadzenie do opuszczenia Watykanu przez jego aktualnego okupanta oraz wybór na Biskupa Rzymu kardynała, który przynajmniej byłby katolikiem.

Mam zatem nadzieję, że służby prasowe Donalda Trumpa (gdyby ktoś je kiedyś zapytał o ów list otwarty) odpowiedzą, że do prezydenta wpływa dziennie kilkaset rozmaitych petycyj, które są uważnie czytane i rozpatrywane. I że żadnej oficjalnej odpowiedzi w tej kwestii się nie przewiduje.

O sprawie listu do prezydenta Trumpa poinformowała dzisiejsza strona www dziennika "Rzeczpospolita" w bardzo ciekawym tekście red. Huberta Kozieła pt. "Czy tajne służby dokonały puczu w Watykanie w 2013 roku?" Jest parę pobocznych wątków, trzeba to wszystko przeczytać!